Krater o średnicy dziesięciu metrów to namacalny ślad rakiety, która w nocy spadła na pola Lubelszczyzny. Syreny alarmowe zawyły w regionie o 3.50, ale to, co się właściwie dzieje, mieszkańcy zrozumieli dopiero po kilku godzinach. Wojskowe radary namierzyły nadlatujący obiekt i straciły go z oczu tuż przed uderzeniem, a na miejsce zadysponowano śmigłowiec. Jednak to dziennikarze na miejsce dotarli pierwsi.
Co dokładnie spadło na Lubelszczyznę?
W nocy ze środy na czwartek, trzydziestego lipca, Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych poinformowało o intensywnej aktywności bojowej rosyjskiego lotnictwa dalekiego zasięgu, które uderzało w cele na zachodniej Ukrainie. Krajowe i sojusznicze systemy rozpoznania zaobserwowały co najmniej kilkanaście pocisków lecących nad zachodnią Ukrainą, a jeden z obiektów, ze względu na kierunek lotu, zbliżył się do polskiej granicy. Wojsko poderwało dyżurny myśliwiec F-16, żeby zidentyfikować i przechwycić obiekt, ale o godzinie 3.46, jeszcze przed jednoznacznym rozpoznaniem, obiekt zniknął ze wskazań radarów. W rejon jego ostatniej pozycji wysłano śmigłowiec Mi-24, którego załoga zlokalizowała prawdopodobne miejsce upadku w terenie niezabudowanym koło Tarnawy-Kolonii.
Rano policjanci dostali zgłoszenie o potężnym huku w rejonie Tarnawy-Kolonii i Biskupic. Na polu między Tarnawą-Kolonią a Tokarami znaleźli lej oraz porozrzucane elementy niezidentyfikowanego obiektu. Miejsce leżało około dwóch kilometrów od najbliższych zabudowań. Krater ma średnicę około dziesięciu metrów. Podał to rzecznik Lubelskiego Komendanta Wojewódzkiego Państwowej Straży Pożarnej kpt. Tomasz Stachyra. Teren zabezpieczyli strażacy i policjanci. Na miejsce skierowano też oddział kontrterrorystyczny. O sprawie powiadomiono Żandarmerię Wojskową i ABW. Zawiadomiono również SKW i Prokuraturę Okręgową w Lublinie.
Syrena była, informacji nie było
Syreny zawyły w Lublinie i kilku innych powiatach województwa lubelskiego około godziny 3.50. Rzeczniczka MSWiA Karolina Gałecka przekazała, że alarm objął część regionu z wyłączeniem jego północnych terenów. Trwał około dziesięciu minut. Syreny słychać było między innymi w Lublinie i Krasnymstawie.
Dla części mieszkańców sama syrena była jedyną informacją, jaką dostali tej nocy. „Gdy w nocy zawyły syreny w Lublinie zabrakło informacji. Była to noc, nie ma możliwości zadzwonienia gdziekolwiek. Informacji z RCB nie było”, relacjonowali mieszkańcy. Dopiero komunikat na różnych profilachu na Instagramie i platformie X dał części mieszkańców sygnał, że to nie ćwiczenia m.in komunikat opublikowany o 4.03 na profilu „Konflikty i Katastroy Świata”. Profile rządowe milczały jeszcze o tej porze. Podobnie tą sytuację zapamiętała pani Sylwia, młoda mieszkanka z małymi dziećmi w domu. „Jestem młodą osobą, wystraszyłam się bardzo, dzieci w domu, również nie było żadnych alertów”, mówiła, dodając, że wcześniej słychać było dźwięk przypominający wybuch.
„Nie wiemy, gdzie to spadnie”. Gawkowski broni decyzji o syrenach
Na antenie Polsat News wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski tłumaczył, dlaczego syreny uruchomiono, mimo że wojsko nie zdążyło jeszcze zidentyfikować obiektu. „Wyje syrena, bo mamy alert. Wyje syrena, bo mamy do czynienia z sytuacją kryzysową, w której nie da się zidentyfikować w czasie rzeczywistym”, odpowiedział prowadzącemu Marcinowi Fijołkowi, który pytał, czy da się szybciej informować i uspokajać mieszkańców. Dodał, że w momencie ogłaszania alarmu nikt nie wiedział, czy w powietrzu jest dron, rakieta, czy inny niezidentyfikowany obiekt.
Gawkowski przyznał, że rozumie strach mieszkańców, ale podkreślił, że brak alarmu byłby gorszy, gdyby obiekt spadł na zabudowania. „Gdyby te syreny nie zawyły i nie mielibyśmy tego obiektu w polu, tylko w bloku, w domu, w jakimkolwiek miejscu, które spowodowałyby uszczerbek na zdrowiu, nie daj Boże śmierć, no to mielibyśmy trudniejszą sytuację”, zaznaczył. Wicepremier ocenił też, że Polacy muszą mieć świadomość zagrożenia. „Nie żyjemy w czasach pokoju, bo mamy sąsiada, Rosja przecież jest naszym sąsiadem, który ma jasny cel”, powiedział.
RCB nie wyjaśniło, dlaczego alerty nie dotarły do mieszkańców
System syren uruchomiono na polecenie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, które działało na podstawie informacji przekazanych przez Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych o zagrożeniu uderzeniami z powietrza. Potwierdził to rzecznik wojewody lubelskiego Marcin Bubicz. Sam alarm dźwiękowy zadziałał więc zgodnie z procedurą. Nie zadziałał za to system powiadomień SMS, na który skarżyli się mieszkańcy Lublina i okolic.
RCB rozsyła takie alerty regularnie, także przy okazjach dużo mniej poważnych niż nocny nalot. Dziewięć dni wcześniej, dwudziestego pierwszego lipca, centrum wysłało mieszkańcom całego kraju wiadomości SMS zapowiadające ogólnopolskie ćwiczenia syren pod kryptonimem „ALARM-2026”. Tej nocy takiego SMS-a zabrakło. Rzeczniczka MSWiA Karolina Gałecka przekazała, że resort weryfikuje, dlaczego alerty z RCB nie dotarły do mieszkańców zagrożonego regionu. Do czasu publikacji tego artykułu Rządowe Centrum Bezpieczeństwa nie przedstawiło własnego, odrębnego wyjaśnienia.
Rząd nie obiecuje, że telefon ostrzeże pierwszy
Fijołek dopytywał, czy da się zsynchronizować telefony i aplikację mObywatel z tym, co dzieje się za oknem, kiedy zawyją syreny. Gawkowski odpowiedział, że to możliwe, ale wymaga wiedzy, której w pierwszych minutach zagrożenia po prostu nie ma. „W czasie rzeczywistym podawanie wiedzy, co to było, jest niemożliwe. Potrzebne są minuty, czasami dziesiątki minut, a to rodzi panikę”, tłumaczył. Nie padła żadna data ani konkretny plan wdrożenia takiego rozwiązania. Do czasu publikacji tego artykułu ani Ministerstwo Cyfryzacji, ani MSWiA nie ogłosiły nowych prac nad integracją syren z powiadomieniami w telefonach mieszkańców.
Wicepremier zapowiedział za to, że podobne sytuacje będą się powtarzać. „Najbliższe dwa miesiące, to jest sierpień i wrzesień, sytuacji takich będzie więcej”, ocenił, tłumacząc to bliskością wojny na Ukrainie i rosnącym ryzykiem sabotaży wymierzonych w Polskę.
Niewielu Polaków rozumie dziś sygnał syreny alarmowej
Gawkowski w rozmowie z Fijołkiem przypomniał też, co właściwie oznaczają poszczególne sygnały syren. „Sygnał modulowany, trzy minuty, realne zagrożenie. Sygnał trzy minuty jednostajny, odwołanie tego zagrożenia”, wyjaśnił, dodając, że każdy powinien znać tę różnicę.
Wicepremier zwrócił uwagę, że przez lata nikt nie uczył tego w szkołach. „Ja jeszcze z tego pokolenia pochodzę, gdzie mnie w szkole średniej uczono na zajęciach, że są takie alarmy, że taka sytuacja kryzysowa może się wydarzyć”, powiedział, oceniając, że kolejne roczniki uczniów, przez dwadzieścia lat, takiej wiedzy już nie dostały. Jak dodał, powodem było poczucie spokoju, które przez dekady towarzyszyło Polakom.
Czy rząd zaspał?
Zdarzenie w Tarnawie-Kolonii nie było odosobnionym incydentem tej nocy. Rosja przeprowadziła zmasowany atak rakietowy na zachodnią Ukrainę, a polskie oraz sojusznicze myśliwce w odpowiedzi rzekomo patrolowały krajową przestrzeń powietrzną. Niemniej w momencie wtargnięcia rakiety nie było żadnego myśliwca w powietrzu.
Premier Donald Tusk napisał na platformie X, że w związku z naruszeniem polskiej przestrzeni powietrznej zwołał kolejny zespół koordynacyjny z udziałem szefa MON i odpowiednich służb. Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz ocenił, że była to „niezwykle ciężka noc dla naszej obrony powietrznej, systemów obserwacji i wykrywania zagrożeń”, zapewniając, że informacje o zdarzeniu na bieżąco trafiały do najważniejszych osób w państwie. Wiceszefowa MON Magdalena Sobkowiak-Czarnecka poinformowała w Radiu ZET, że w wyniku zdarzenia nikt nie został poszkodowany i nie zniszczono żadnych obiektów.
Nie wszyscy oceniają reakcję państwa tak pozytywnie jak ministrowie rządu Donalda Tuska. Generał Jarosław Kraszewski powiedział na antenie Polsat News, że najgorsze jest to, że mieszkańcy nie wiedzą, co robić ani gdzie się schronić, gdy zawyją syreny. Jego zdaniem obiekt, który spadł koło Tarnawy-Kolonii, mógł być rosyjską rakietą manewrującą, użytą w ramach prowokacji sprawdzającej gotowość polskich systemów albo w wyniku awarii, która pozbawiła ją sterowności. Gawkowski w tym kontekście przypomniał, że Polska graniczy z Rosją i jest, jego zdaniem, narażona na sabotaże oraz inne sytuacje kryzysowe. „Musimy mieć świadomość, że Polska jest zagrożona, że wojna się toczy”, powiedział. Nie powiedział za to, czy za posiadaną świadomością muszą iść realne działania urzędników?
