Znicz na wieży zegarowej wrocławskiego Stadionu Olimpijskiego zapłonął ponownie na początku sierpnia, równo po dziewięćdziesięciu latach od budowy. Sama wieża powstała bowiem w 1936 roku, tym samym, w którym Adolf Hitler otworzył igrzyska olimpijskie w Berlinie. Stadion, rozbudowywany w tych samych latach, nosił później imię Hermanna Göringa i dwukrotnie gościł też samego Hitlera. To, co teraz płonie na jej szczycie, płonęło już raz w zupełnie innych bardziej germańskich czasach.
Znicz wrócił, ale nie jest to zwykły remont
Remont wieży zegarowej kosztował około 984 tysięcy złotych. Miasto odnowiło ceglaną elewację i dach wieży, założyło nowy system monitoringu i zbudowało nowoczesny, bezpieczny system zasilania oraz zapłonu znicza, który ma teraz działać bez awarii przez kolejne lata. Na początku roku o planach opowiadał Łukasz Wójcik, dyrektor Młodzieżowego Centrum Sportu Wrocław. Przyznał, że projekt trzeba było uzgadniać z konserwatorem zabytków krok po kroku.
„Chcemy, żeby wyglądało to imponująco i było prawdziwą wizytówką dla każdego, kto nas odwiedzi„, mówił wtedy Wójcik.
Kiedy próba zakończyła się sukcesem, głos zabrał wiceprezydent Wrocławia Mateusz Żak. Podkreślał wagę odtwarzania detali, które budują tożsamość miasta. Stadion Olimpijski to dziś przede wszystkim dom żużlowej Sparty Wrocław. Wieża zegarowa wróciła do formy sprzed II Wojny Światowej. Nikt jednak nie wspomniał, w jakich dokładnie okolicznościach ta forma powstała.
Ta wieża ma dokładnie tyle lat, co nazistowskie igrzyska w Berlinie
Stadion powstawalł w dwóch etapach. Pierwszy etap, w latach 1926-1928, zaprojektował śląski architekt Richard Konwiarz. Nazwał stadion Śląskim. Drugi etap, w latach 1935-1939, przyniósł nowe trybuny, halę gimnastyczną i wieżę zegarową, gotową w 1936 roku na Igrzyska Olimpijskie rozgrywane w nazistowskich Niemczech.
Nazwa Olimpijski nie ma jednak nic wspólnego z organizacją igrzysk we Wrocławiu, bo tych nikt tu nigdy nie planował, a wzięła się wyłącznie z medali, jakie zdobył sam projekt architektoniczny na międzynarodowych konkursach sztuki olimpijskiej. Najpierw nie powiodło się to w Amsterdamie, kilka lat później przyszedł brąz w Los Angeles.
Krążyła też plotka, że stadion miał być rezerwowym obiektem dla stadionu wybranego dla igrzysk w Berlinie. To nieprawda. Obiekt był i został za mały, żeby pomieścić cokolwiek na taką skalę.
Rok budowy wieży zbiega się jednak z czymś innym. W 1936 roku Hitler otworzył w Berlinie igrzyska. Jego reżim zamienił je w narzędzie propagandy.
Nawet znicz miał wtedy służyć propagandzie
Znicz olimpijski płonął już wcześniej, po raz pierwszy podczas Igrzysk w Amsterdamie w 1928 roku. Nowością w Berlinie była za to sztafeta. Carl Diem, sekretarz generalny komitetu organizacyjnego igrzysk, zaproponował, by ogień przenieść od źródła w greckiej Olimpii aż na stadion w Berlinie, sztafetą biegaczy pokonujących ponad trzy tysiące kilometrów. Międzynarodowy Komitet Olimpijski zaakceptował pomysł i sztafeta z pochodnią towarzyszy igrzyskom do dziś.
W 1936 roku miała jednak jasny cel. Miała pokazać światu rosnącą potęgę nazistowskich Niemiec. Ostatni biegacz sztafety, Fritz Schilgen, zapalił znicz na stadionie w Berlinie dniu otwarcia igrzysk. Tego samego dnia, 1 sierpnia, przemówił tam Hitler. Reżyserka Leni Riefenstahl nakręciła całą ceremonię do propagandowego filmu „Olympia”.
Nazwa tego stadionu nie była przypadkowa
Rozbudowa kompleksu w latach 1935-1939 przygotowywała stadion na inne wydarzenia, ważne już dla samych Niemiec. Na przełomie 1936 i 1937 roku, obok wieży zegarowej, stanęła druga wieża, dwudziestometrowa wieża sygnałowa zwana wieżą wodza. Z tej drugiej, dziś już nieistniejącej konstrukcji, Hitler przemówił dwukrotnie. Raz podczas Niemieckiego Festiwalu Pieśni w 1937 roku, raz podczas Niemieckiego Święta Sportu rok później.
Stadion w tych latach nosił już imię Hermanna Göringa, jednego z czołowych przywódców III Rzeszy. Drugie przemówienie Hitlera padło podczas Niemieckiego Święta Sportu i Gimnastyki. Było to 31 lipca 1938 roku. Impreza upamiętniała 125. rocznicę wojen przeciw Napoleonowi. W Breslau przyznano wtedy po raz pierwszy Żelazny Krzyż. Na zawody przyjechali zaprzyjaźnieni z nazistami sportowcy z całego świata, między innymi z Argentyny i Włoch, a ulicami miasta przeszły korowody wojska i cywilów, osobno maszerowali też działacze organizacji ludowych. To była część budowania przez państwo nazistowskie atmosfery przygotowań do wojny.
To nie pierwszy spór o niemiecką przeszłość miasta
Wrocław nie zawsze był niemiecki, choć niektórzy chcą abyśmy tak postrzegali jego historię. To Mieszko I założył miasto około 985 roku. Przez kolejne trzysta pięćdziesiąt lat rządzili nim Piastowie, władcy średniowiecznej Polski. Później, przez sto dziewięćdziesiąt jeden lat, rządziła nim Korona Czeska. Kolejne dwieście piętnaście lat należało do habsburskiej Austrii. Od 1741 roku miasto trafiło pod panowanie pruskie, a później hitlerowskie, pozostając pod nim aż do końca drugiej wojny światowej w 1945 roku, kiedy władzę nad miastem przejęły polskie władze powojenne.
Spór o to, którą warstwę tej historii pokazywać, wrócił niedawno przy remoncie Mostu Grunwaldzkiego, dawnego Kaiserbrücke. Po wojnie polskie władze usunęły z niego niemiecki napis. Teraz ma wrócić, razem z koroną cesarską i herbem Hohenzollernów na pylonach. W listopadzie zeszłego roku radni miejscy odrzucili protest mieszkańców przeciwko tej decyzji.
Urząd Miejski Wrocławia zapewnił, że oficjalna nazwa mostu się nie zmieni. „Miasto Wrocław szanuje swoją historię i dziedzictwo, ale nie zapomina o współczesnych wartościach i kontekście społecznym„, przekazał ratusz.
Kto dziś decyduje, co wraca na zabytki
Zarówno most, jak i wieżę stadionu nadzoruje dziś ta sama instytucja. Nic nie da się zrobić bez jej zgody. Od stycznia 2023 roku większość kompetencji konserwatorskich we Wrocławiu przejął Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków. Funkcję tę pełni Daniel Gibski. To jego urząd wydaje zgody na przywracanie historycznych elementów, także tych z okresu niemieckiego.
Gibski podkreśla, że wytyczne do remontu mostu przygotowano z dużą starannością i szacunkiem dla zabytkowego charakteru przeprawy, a dotychczasowe powojenne remonty nigdy nie próbowały odtworzyć utraconych w czasie wojny elementów wystroju architektonicznego. Ten sam urząd zgadzał się wcześniej na każdy etap prac przy wieży zegarowej stadionu.
Wieża zegarowa już świeci. Równo dziewięćdziesiąt lat po igrzyskach w Berlinie, które miały pokazać światu potęgę hitlerowskich Niemiec, jej znicz znowu płonie nad Wrocławiem.
