Przez ostatnie lata Polska była dla Ukrainy największym sojusznikiem na kontynencie, tarczą dyplomatyczną i korytarzem logistycznym, a przy tym skarbonką bez dna. Pomoc wyceniana na 120-130 miliardów złotych płynęła bez zatrzymania, a polskie społeczeństwo przyjęło bezinteresownie miliony ukraińskich uchodźców. Zamiast oczekiwanej wdzięczności pojawiła się niechęć, zamiast oczekiwanej przyjaźni wrogość. Decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu elitarnej jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA” sprawiła, że cierpliwość Warszawy dobiegła kresu, a dotychczasowa polska polityka wobec Kijowa zbankrutowała. Czas na nowe zasady gry wobec Ukrainy.
Ukraińska elitarna jednostka z nazistowskim patronem
29 maja Zełenski podpisał dekret nadający Odrębnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy honorowe miano „Bohaterów UPA”. Uzasadnił to „przywróceniem historycznych tradycji narodowego wojska oraz uznaniem wzorowego wykonywania powierzonych zadań podczas obrony integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy„. Jednostka należy do najbardziej elitarnych formacji ukraińskich sił zbrojnych i prowadzi operacje specjalne na głębokich tyłach przeciwnika.
Decyzja wywołała w Polsce burzę, na Ukrainie przyjęto ją z niemal jednomyślnym aplauzem. Według analizy Res Futura, obejmującej komentarze z platform o zasięgu 40 milionów użytkowników, 98% reakcji w ukraińskich mediach społecznościowych wyraziło poparcie dla Zełenskiego. Dwa procent było przeciw. Między obiema stronami zieje przepaść w rozumieniu tej samej historii i całkowity brak refleksji o winie za ukraińskie zbrodnie z okresu II Wojny Światowej.
Nawrocki: Ukraina nie jest gotowa na Europę
Prezydent Karol Nawrocki zareagował ostro. „Prezydent Ukrainy dostarczył najlepszego materiału i wiele tlenu rosyjskiej propagandzie swoją decyzją. Oceniam to bardzo krytycznie„, powiedział. Poszedł dalej, stwierdzając wprost, że „Zełenski udowodnił, że Ukraina pod względem mentalnym oraz gloryfikowania bandytów, morderców z Ukraińskiej Powstańczej Armii nie jest gotowa, aby być częścią rodziny europejskiej„.
Nawrocki zapowiedział, że 8 czerwca na posiedzeniu kapituły Orderu Orła Białego złoży wniosek o odebranie tego odznaczenia Zełenskiemu. Order nadał ukraińskiemu prezydentowi w 2023 roku Andrzej Duda jako wyraz solidarności z walczącą Ukrainą. Odbieranie go trzy lata później nie miałoby odpowiednika w historii tego najwyższego polskiego odznaczenia państwowego.
Prezydent zaznaczył przy tym, że strategiczne polskie stanowisko dotyczące wsparcia Ukrainy w obronie przed Rosją się nie zmienia. Polska nie zaakceptuje jednak gloryfikowania przez Kijów organizacji, które zamordowały ponad sto tysięcy polskich cywilów.
Miller: Akt godny najwyższego uznania
Decyzja Nawrockiego spodobała się również Leszkowi Millerowi, byłemu premierowi i liderowi SLD. Miller ocenił, że prezydent tym ruchem postawił Donalda Tuska w narożniku. Rząd koalicyjny przez lata budował wizerunek bezwarunkowego sojusznika Kijowa i teraz znalazł się w pułapce własnej narracji. Poprze odebranie orderu i przyzna, że Nawrocki miał rację, albo stanie w obronie Zełenskiego i narazi się na zarzut pobłażania dla kultu ludobójców.
To niejedyna trudna pozycja, w jakiej znalazł się Tusk. Mer Lwowa Andrij Sadowy, pytany w Polsat News o decyzję Zełenskiego, odpowiedział, że „w czasach wojny nie debatuje się o decyzji prezydenta, to jest po prostu rozkaz dla wszystkich do wykonania„. Dodał, że „my nie wiemy, jak to było 50 czy 100 lat temu, bo często ta historia była przekręcona„. Ta odpowiedź, padająca z ust włodarza miasta partnerskiego Wrocławia, poruszyła Polaków bardziej niż niejedna oficjalna deklaracja Kijowa.
Poseł Paweł Kowal na czele „banderowskiej piątej kolumny” — Miller wskazuje winnych po imieniu
Miller nie poprzestał na pochwale Nawrockiego. Były premier poszedł znacznie dalej, stawiając w Polsat News tezę, że polska pobłażliwość wobec ukraińskiego rewizjonizmu historycznego jest wynikiem działania „banderowskiej piątej kolumny”. Na jej czele, według Millera, stoi Paweł Kowal (PO) — przewodniczący sejmowej komisji spraw zagranicznych, jeden z głównych architektów polskiej polityki wschodniej w ramach koalicji rządzącej. Grupa ta torpeduje każde działanie zbliżające się do prawdy o tym, co napradę dzieje się na Ukrainie.
Miller uważa, że polska polityka wschodnia była przez lata prowadzona wbrew polskiemu interesowi narodowemu przez ludzi, którzy przedkładali ukraińską wrażliwość nad polską godność. Decyzja Zełenskiego o brygadzie UPA sprawiła, że tę tezę można dziś wypowiedzieć głośno w telewizji o zasięgu ogólnopolskim — i nikt nie jest w stanie jej skutecznie odeprzeć.
Miasto partnerskie Wrocławia po ciemnej stronie mocy
Lwów i Wrocław są miastami partnerskimi od ponad trzydziestu lat, a ich współpraca przez dziesięciolecia służyła za symbol polsko-ukraińskiego pojednania. Sadowy przez lata był w Polsce twarzą ukraińskiego samorządu, człowiekiem, któremu Polacy ufali. Jego słowa o tym, że „ta debata będzie bardzo korzystna dla Rosji”, brzmiały jak instrukcja zamknięcia polskich ust, nie jak głos partnera.
Argumentacja Sadowego wpisuje się w szerszy schemat ukraińskiej narracji: każda polska krytyka jest przedstawiana jako prezent dla Putina, każde pytanie o historię jako atak na walczącą Ukrainę. Ten schemat przez długi czas działał. Polskie elity polityczne przez lata dały się nim skutecznie manipulować.
Sadowy powiedział w polskiej telewizji, „nie wiemy, jak to było 50 czy 100 lat temu, bo często ta historia była przekręcona”. Instytut Pamięci Narodowej dysponuje dokumentacją dziesiątek tysięcy ofiar z imienia i nazwiska. Ukraińskie Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy odtajniło dokumenty operacyjne OUN-UPA z rozkazami eksterminacji Polaków pisanymi ręką ukraińskich dowódców UPA. Twierdzenie, że „nie wiemy jak było” to negacjonizm — i Sadowy jest tu negacjonistą zbrodni ludobójstwa udowodnionej nawet przez ukraińskie archiwa.
Mer Lwowa, miasta partnerskiego Wrocławia, staje tym samym w jednym rzędzie z tymi, którzy kwestionują zbrodnie udowodnione dokumentami — tak jak negacjoniści Holokaustu kwestionują wyroki trybunałów norymberskich i miliony stron nazistowskiej dokumentacji. Mechanizm jest w obu przypadkach identyczny: wobec góry dowodów pada twierdzenie „nie wiemy jak to było naprawdę”. Różnica polega na tym, że Sadowy robi to jako urzędnik państwa ubiegającego się o członkostwo w Unii Europejskiej, na antenie polskiej telewizji, patrząc w oczy polskiemu społeczeństwu, które utrzymuje Ukrainę na powierzchni w toczącej się wojnie.
Polska pomoc i jej cena
Polska wyłożyła na wsparcie Ukrainy od 2022 roku co najmniej 120-130 miliardów złotych, wliczając pomoc wojskową, humanitarną, koszty obsługi uchodźców i wsparcie infrastrukturalne. Żadne inne europejskie państwo nie poniosło proporcjonalnie wyższych kosztów. Polskie społeczeństwo przyjęło to bez protestu, bo wierzyło w sens tej inwestycji i w to, że po drugiej stronie jest partner, który tę cenę rozumie i docenia.
Kapitał wdzięczności, zbudowany z realnych wyrzeczeń polskich rodzin i decyzji polskich podatników, jest dziś bezmyślnie trwoniony przez samych Ukraińców. Zamiast prostego gestu uznania pojawia się rosnąca roszczeniowość. Decyzja o brygadzie UPA to nie wypadek przy pracy. To kolejny w serii sygnał, że Kijów traktuje polskie wsparcie jako coś oczywistego, należnego i niewymagającego żadnej wzajemności. Taka postawa ma swoją cenę i polskie społeczeństwo zacznie teraz wystawiać za to rachunek.
Ukraińska diaspora – koszt czy zysk?
Jest jednak jeden element tego rachunku, którego polska debata publiczna konsekwentnie unika. Ukraińska diaspora w Polsce, to kilka milionów ludzi, którzy zostali w naszym kraju po 2022 roku. Przestają być oni wyłącznie pozycją kosztową w budżecie państwa. Ukraina wchodziła w wojnę z populacją ponad 40 milionów obywateli. Dziś szacunki mówią o 25 milionach, może mniej — reszta wyjechała lub jest na froncie. Każdy pracujący Ukrainiec, który zostaje w Polsce i płaci składki do ZUS, wypełnia luki na rynku pracy i zasila system emerytalny dla Polaków. Jednocześnie jego nieobecność w kraju osłabia ukraiński potencjał demograficzny i rozwój gospodarczy na kolejne dekady.
Polska powinna prowadzić świadomą politykę zatrzymywania pracującej ukraińskiej diaspory — nie z sentymentu, lecz z zimnej kalkulacji. To nie koszt solidarności, lecz jeden z największych demograficznych zysków, jakie Polska może odnotować w XXI wieku. Każdy ukraiński lekarz, inżynier czy robotnik, który zapuszcza korzenie w Polsce, to jednocześnie ubytek w ukraińskim potencjale odbudowy. Warszawa powinna to rozumieć i działać odpowiednio — zamiast traktować diasporę jako przejściowy problem do zarządzenia.
Czym była UPA?
Ukraińska Powstańcza Armia i jej polityczne zaplecze w postaci Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów przeprowadziły w latach 1943-1945 zaplanowaną, masową eksterminację polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Historycy szacują liczbę polskich ofiar na co najmniej 100 tysięcy, a w niektórych opracowaniach liczba ta sięga 130 tysięcy zamordowanych w latach 1942-1947.
Ofiary mordowano siekierami, widłami, piłami i nożami. Całe wsie otaczano nocą, podpalano zabudowania, uciekających dobijano. Mordowano podczas mszy, mordowano dzieci na oczach rodziców, mordowano kobiety ciężarne i starców. Kulminacją była tzw. krwawa niedziela 11 lipca 1943 roku. Oddziały UPA uderzyły wówczas równocześnie na 99 polskich miejscowości w powiatach kowelskim, horochowskim i włodzimierskim. Tego i następnego dnia zamordowano ludzi w ponad 150 miejscowościach.
Kijów realizuje scenariusz z Moskwy?
Krzysztof Wojczal, analityk geopolityczny i autor kanału YouTube poświęconego strategii regionalnej, stawia tezę, która po decyzji Zełenskiego brzmi coraz bardziej przekonująco: ukraińska administracja, świadomie uderzając w polską wrażliwość historyczną, wykonuje brudną robotę za Rosjan. Nadanie jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA” to nie ignorancja. To testowanie polskiej asertywności i celowe prowokowanie, które wpisuje się wprost w rosyjski cel strategiczny, jakim jest trwałe rozbicie osi Warszawa-Kijów.
Niemniej efekt jest odwrotny do zamierzonego przez tych, którzy liczyli na polską pokorę. Każdy atak ze strony Kijowa utwardza kurs Warszawy i przesuwa granicę tego, co w Polsce jest politycznie możliwe do powiedzenia głośno w mass mediach. Polska z przyjaciela staje się w ukraińskiej sferze medialnej „problemem numer dwa”, co według Wojczala jest objawem głębokiej, egzystencjalnej słabości Ukrainy i zawiści wobec polskiego wzrostu, nie siłą negocjacyjną Kijowa.
Ekshumacje bez Polaków: Kijów chce napisać historię Wołynia sam
Decyzja o brygadzie UPA jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. W tle toczy się równoległa, znacznie cichsza rozgrywka o to, kto i na jakich warunkach zamknie temat rzezi wołyńskiej. Strona ukraińska prowadzi aktywną politykę wokół ekshumacji ofiar — według dostępnych analiz podejmuje próby domknięcia tematu bez udziału polskich badaczy i poza jakimkolwiek wspólnym polsko-ukraińskim procesem identyfikacji. Celem jest uzyskanie kontroli nad narracją historyczną: pochować ofiary po cichu, na własnych warunkach, zanim sprawa stanie się formalnym przedmiotem negocjacji między państwami.
Działania te zestawione z dekretem o brygadzie UPA tworzą spójną całość. Ukraina gloryfikuje sprawców i jednocześnie dąży do administracyjnego zamknięcia sprawy ich ofiar — bez ekshumacji przeprowadzonych przez polskich archeologów, bez wspólnych ustaleń co do liczby zamordowanych, bez ceremonii z udziałem polskiego państwa. Polska nie może pozwolić, żeby ten scenariusz się ziścił.
But i cyrograf jako jedyna waluta w relacjach z Kijowem
Wojczal formułuje na swoim kanale tezę, którą dotąd głoszono wyłącznie szeptem, że „naszym strategicznym interesem jest to, żeby pokonać Rosję, osłabić ją, zdemolować i to najlepiej kosztem ukraińskich żołnierzy. Taka jest nasza żelazna kalkulacja”. Polska nie uczestniczy w wojnie, rośnie gospodarczo i politycznie, a Ukraina wykrwawia się w okopach, tracąc demograficznie i infrastrukturalnie to, czego nie odbuduje przez pokolenia.
Bez polskiego terytorium, polskiej zgody i polskiego głosu w instytucjach zachodnich Ukraina jest w geograficznym i politycznym ślepym zaułkiem. Wojczal nie ma wątpliwości, że „jedyną metodą prowadzenia skutecznej, realnej polityki z Ukraińcami jest po prostu but i pokazywanie, tu zależycie od Polski”. Kiedy przyjdzie moment decyzji o wejściu Ukrainy do struktur unijnych i NATO, Polska wystawi rachunek za lata 2022, 2023 i wszystkie kolejne. Geopolityka nie zna terminu przedawnienia, a dotychczasowa polska polityka bezwarunkowej szczodrości wobec coraz bardziej nieznośnego Kijowa właśnie zbankrutowała.
