Donald Tusk sam wyznaczył horyzont zagrożenia: rosyjska agresja na kraj NATO to perspektywa „raczej miesięcy niż lat”. Kilkanaście dni później Pentagon ogłosił wycofanie tysięcy żołnierzy z Niemiec — a premier powiedział, że Polska „chyba nie powinna ich podbierać”. To zestawienie, które domaga się wyjaśnienia. Polacy mają prawo zapytać, czyje interesy reprezentuje tu szef ich rządu.
Zostały nam miesiące, nie lata — premier Tusk sam określił termin wojny z Rosją
Pod koniec kwietnia Donald Tusk udzielił wywiadu brytyjskiemu dziennikowi „Financial Times”. Powiedział wówczas, że Rosja może zaatakować członka Sojuszu NATO w perspektywie „raczej miesięcy niż lat” i wyraził wątpliwości, czy Stany Zjednoczone są gotowe wywiązać się ze zobowiązań sojuszniczych zapisanych w artykule 5 Traktatu Waszyngtońskiego.
Słowa padły i nie można ich cofnąć. Premier Polski — kraju, który graniczy z Rosją poprzez Królewiec i z Białorusią na ponad 400 kilometrach — publicznie ocenił, że zagrożenie wojną jest bliższe, niż większość europejskich stolic chce publicznie przyznać. Wywiad trafił na pierwsze strony gazet w całej Europie.
Pałac Prezydencki zażądał wyjaśnień: szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz zapowiedział wystąpienie do koordynatora służb specjalnych o szeroki raport i podstawy twierdzeń premiera o możliwej wojnie na przełomie 2026 i 2027 roku. Zaznaczył przy tym, że jeśli premier mówi wprost, iż Polsce grozi w perspektywie miesięcy wojna, to należałoby rozpocząć daleko idące przygotowania — tymczasem nie widać, by premier realnie takie działania podejmował.
Kilkanaście dni później Pentagon ogłosił decyzję, która te kuriozalne tezy premiera wystawiły na pełne światło dzienne.
Pentagon ogłasza wycofanie części wojsk z Niemiec — Tusk ich nie chce u nas
Pentagon ogłosił wycofanie około 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy z Niemiec w ciągu najbliższych 6 do 12 miesięcy. Decyzja pojawiła się w kontekście narastających napięć między Waszyngtonem a Berlinem oraz krytyki ze strony prezydenta Trumpa wobec postawy europejskich partnerów w sprawach bezpieczeństwa światowego. Trump nie pozostawił przy tym wątpliwości, że to dopiero początek — zapowiedział znacznie większą redukcję obecności wojsk USA w Niemczech niż pierwotnie ogłoszono.
Dla każdego, kto myśli kategoriami polskiej racji stanu, sygnał był jednoznaczny. Już w 2020 roku, gdy Trump zapowiadał wycofanie 9,5 tysiąca żołnierzy z Niemiec, część z nich miała trafić właśnie do Polski — plany te jednak nie zostały wówczas zrealizowane za sprawą weta Joe Bidena. Okno się zamknęło. Teraz otworzyło się ponownie — tym razem za sprawą konfliktu Białego Domu z Berlinem o postawę Niemiec wobec wojny USA z Iranem. Co w tej sprawie zrobił premier? Powiedział, że sprawa jest „delikatna” i że Polska „chyba nie powinna ich podbierać”.
Dwie wypowiedzi, których nie da się pogodzić
Wystarczy zestawić obie wypowiedzi, bo różnicę między nimi mierzy się w dniach, nie miesiącach. Na początku był wywiad dla „Financial Times”, w którym Tusk ostrzegał, że Rosja może zaatakować kraj NATO za kilka miesięcy, że artykuł 5 może nie zadziałać i że Europa musi być gotowa bronić się sama. Kilkanaście dni później, gdy Pentagon ogłosił wycofanie żołnierzy z Niemiec i pojawiła się realna szansa ich przyjęcia przez Polskę, premier powiedział, że „chyba nie powinniśmy ich podbierać”.
Warto zapytać: podbierać komu? Niemcom. Nie Rosji, nie wrogowi, lecz zachodniemu sojusznikowi, który od lat hamował rozbudowę wschodniej flanki NATO i którego gospodarcze interesy są wprost zagrożone odpływem 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy z Bawarii. Premier Polski, straszący własnych obywateli wojną za kilka miesięcy, w tym samym zdaniu stanął po stronie Berlina, a nie Warszawy.
Między tymi dwoma postawami nie ma żadnej logiki, którą dałoby się obronić interesem bezpieczeństwa Polski. Jeśli zagrożenie jest realne i bliskie — a premier sam tak ocenił — każdy dodatkowy batalion na wschodniej flance to twarda konieczność strategiczna, a nie polityczna fanaberia. Wojska USA w Polsce to fizyczna obecność, która zmienia kalkulację Kremla, bo amerykańscy żołnierze, którzy ewentualnie zginęliby w pierwszych godzinach konfliktu, uruchamiają mechanizmy sojusznicze w sposób, którego żaden traktat sam z siebie nie gwarantuje.
Historia lubi się powtarzać — i karać za bierność
Wycofanie wojsk USA z Niemiec otwiera Polsce okno, które już raz się zamknęło. W 2020 roku Trump zapowiadał przeniesienie 9,5 tysiąca żołnierzy z Niemiec, a „Wall Street Journal” podawał wówczas, że część z nich miała trafić do Polski, Rumunii i krajów bałtyckich. Polska nie skorzystała. Niemcy odetchnęły z ulgą.
Teraz „Wall Street Journal” ponownie opisuje Polskę jako jeden z krajów, do których wojska mogłyby trafić — obok Rumunii, Litwy i Grecji. Pentagon ogłosił wycofanie brygady Stryker z Grafenwöhr w Bawarii — a Trump sygnalizuje, że to dopiero pierwszy krok. Czy Polska po raz drugi odpuści tę szansę? Odpowiedź premiera z 5 maja brzmi: tak.
Litwa chce więcej wojsk, Polska nie chce ich „podbierać” Niemcom
Reakcja krajów sąsiednich na sytuację w Niemczech mówi sama za siebie. Minister obrony Litwy Dovilė Šakalienė po rozmowie z szefem Pentagonu Pete’em Hegsethem ogłosiła wprost, że jej kraj jest gotowy przyjąć dodatkowy batalion wojsk Stanów Zjednoczonych i dodała, że „nie ma mowy o wycofaniu sił USA” z Litwy. Estonia planuje do 2026 roku zwiększenie wydatków obronnych do 5 procent PKB — jednego z najwyższych wskaźników w całym Sojuszu. Na Litwie stacjonuje około 1000 amerykańskich żołnierzy rotacyjnie od 2019 roku, a Wilno aktywnie negocjuje rozbudowę tej obecności.
Polska ma obecnie około 10 tysięcy żołnierzy USA w ramach obecności rotacyjnej — bez stałego zakotwiczenia, bez trwałej infrastruktury na miarę baz w Niemczech. Polska wydaje na obronność ponad 4 procent PKB, ma najliczniejszą armię lądową na wschodniej flance NATO i ponad 600 kilometrów granicy z Rosją i Białorusią łącznie. Polska ma premiera, który w kluczowym momencie użył słowa „podbierać” — jakby przejęcie wojsk sojuszniczych od jego ukochanych Niemiec było czymś niestosownym.
Czyje bezpieczeństwo premier ma na myśli?
Pytanie, które Polacy zadają sobie coraz głośniej, nie dotyczy już intencji — dotyczy faktów. Niemcy tracą gospodarczo i prestiżowo na wycofaniu wojsk amerykańskich. Burmistrz Vilseck, gdzie stacjonuje jedna z największych baz USA, nazwał zapowiedź wycofania żołnierzy „ciężkim ciosem” dla lokalnej gospodarki. Dla Berlina obecność wojsk amerykańskich to nie tylko kwestia bezpieczeństwa, lecz liczne miejsca pracy, inwestycje i pozycja w strukturach NATO. Dla Polski przyjęcie tych wojsk oznaczałoby stałą brygadę, trwałą infrastrukturę i twarde odstraszanie na wschodniej granicy. Premier Polski stanął po stronie Berlina, zamiast bezpieczeństwa Polaków.
Polityka zagraniczna nie znosi pustki — jeśli Polska nie skorzysta z tej szansy, skorzysta ktoś inny, a wojska przemieszczą się dalej od polskiej granicy lub wrócą za ocean. Trudno nie zapytać, dlaczego premier, który własnymi ustami wyznaczył horyzont rosyjskiego zagrożenia na końcówkę tego roku, w tym samym czasie chroni interesy kraju, który przez lata blokował rozbudowę wschodniej flanki NATO. Polska zasługuje na premiera, którego pierwszym odruchem w obliczu historycznej szansy nie jest pytanie, czy Berlin sobie tego życzy.
