Hanna Radziejowska alarmowała ministerstwo o nieprawidłowościach w Instytucie Pileckiego. Resort zapewnił ją o ochronie, a potem przekazał jej poufne zgłoszenie bezpośrednio dyrektorowi Krzysztofowi Ruchniewiczowi. Ten odwołał ją ze stanowiska, wskazując jako powód „korespondencję z osobami trzecimi”. Ministerstwo tłumaczy po publikacjach prasowych, że ochronę sygnalistce przyznano przez pomyłkę, ale prawnicy są jednogłośni – państwo złamało prawo i zniechęca do sygnalizacji nieprawidłowości.
Ministerstwo zdradza sygnalistkę – poufny list trafił do oskarżonego dyrektora
Hanna Radziejowska od początku 2025 roku nie miała wątpliwości, że część działań dyrektora Instytutu Pileckiego prof. Krzysztofa Ruchniewicza szkodzi placówce i polskiemu państwu. Jako kierowniczka niemieckiego oddziału instytutu bezskutecznie próbowała rozmawiać z szefem. Gdy rozmowy nie przynosiły efektów, postanowiła poinformować o szczegółach ówczesną minister kultury Hannę Wróblewską, a później jej następczynię Martę Cienkowską.
Radziejowska wyraźnie prosiła, by uznać ją za sygnalistkę i zapewnić ochronę przewidzianą przez ustawę. Zaznaczała w korespondencji, że działa w trybie ustawy o ochronie sygnalistów i prosi o zachowanie poufności. Wiedziała doskonale, że wyciek informacji do Ruchniewicza skończy się dla niej źle.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego jednak przekazało poufny list Radziejowskiej bezpośrednio prof. Ruchniewiczowi. Resort ostatecznie przyznał się do tego przed dziennikarzami Wirtualnej Polski. Dokument sygnalistki stał się przy okazji „ciekawostką” krążącą wśród polityków i urzędników – jeden z posłów koalicji rządowej przekazał go dziennikarzom w ciągu kilku godzin po prośbie.
„Przez pomyłkę” – resort przyznał ochronę, a potem ją cofnął
3 kwietnia 2025 roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego jednoznacznie stwierdziło, że korespondencja z Radziejowską spełnia wymogi ustawy o ochronie sygnalistów. Konrad Rodziewicz, starszy specjalista w ministerstwie, wysłał do Radziejowskiej oficjalną wiadomość: „zgłoszenie jest objęte ochroną, zgodnie z ustawą z dnia 14 czerwca 2024 r. o ochronie sygnalistów„.
Oznaczało to przede wszystkim, że ministerstwu nie wolno tej korespondencji swobodnie przekazywać dalej, w szczególności do osoby, której dotyczy zgłoszenie. Gdyby istniała konieczność przekazania, najpierw trzeba by poinformować o tym sygnalistkę. Ponadto z działań sygnalistki nie mogą wynikać żadne negatywne konsekwencje – nie wolno jej odwołać ze stanowiska z tego względu, że sygnalizuje nieprawidłowości.
Po publikacji Wirtualnej Polski resort jednak zmienił wersję. Ministerstwo poinformowało, że Konrad Rodziewicz jako pracownik Departamentu Dziedzictwa Kulturowego nie ma uprawnień do decydowania o przyznaniu statusu sygnalisty. „Jego mail do pani Radziejowskiej nie jest dowodem przyznania tego statusu przez Ministerstwo. Korespondencja pani Radziejowskiej nie spełniała wymogów merytorycznych określonych w ustawie” – tłumaczył resort. W związku z korespondencją Rodziewicza z Radziejowską trwa procedura wyjaśniająca.

Ruchniewicz wykonuje wyrok pod pretekstem „korespondencji z osobami trzecimi”
Krzysztof Ruchniewicz nie czekał długo z reakcją na otrzymanie poufnego listu sygnalistki. Po zapoznaniu się z korespondencją podjął decyzję o odwołaniu Hanny Radziejowskiej ze stanowiska kierowniczki niemieckiego oddziału Instytutu Pileckiego. W oficjalnym uzasadnieniu wskazał między innymi to, że prowadziła ona korespondencję z „osobami trzecimi”.
Ironia tej sytuacji jest uderzająca – dyrektor otrzymał dostęp do prywatnej korespondencji podwładnej z ministerstwa, a potem zarzucił jej prowadzenie tejże korespondencji. Ruchniewicz wykonał de facto wyrok na sygnalistce, którą resort miał chronić. Mechanizm zemsty zadziałał sprawnie – od otrzymania listu do zwolnienia Radziejowskiej minął krótki czas.
To klasyczny przykład działań odwetowych, przed którymi ma chronić ustawa o sygnalistach. Radziejowska obawiała się dokładnie takiego scenariusza, dlatego prosiła o poufność i ochronę. Ministerstwo zapewniło ją o obu, a następnie złamało własne deklaracje, umożliwiając przełożonemu zemstę na podwładnej.
Prawnicy jednogłośni: ministerstwo złamało prawo i zniechęca do sygnalizacji
Eksperci prawa nie mają najmniejszych wątpliwości – aparat państwa zawiódł, a rację ma Hanna Radziejowska. Szymon Osowski, prawnik i prezes Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska, określa sprawę jako „bardzo smutną, która zniechęca do zgłaszania nieprawidłowości„. Podkreśla, że ministerstwo nie miało prawa przekazać zgłoszenia Radziejowskiej dyrektorowi Ruchniewiczowi.
„I, co ważne, bez znaczenia jest to, czy sformułowane przez sygnalistkę zarzuty okazały się słuszne, czy ostatecznie zdaniem ministra okazały się niesłuszne. Istotą sygnalizacji jest bowiem to, że organ mający możliwość weryfikacji zgłoszenia zajmuje się sprawą” – zauważa Osowski. Zasadność zgłoszenia nie ma wpływu na to, czy ktoś podlega ochronie.
Dr Błażej Mądrzycki, radca prawny z Uniwersytetu Śląskiego, wskazuje na europejski kontekst. Polska ustawa implementuje unijną dyrektywę, której motyw 36 jasno określa potrzebę szczególnej ochrony osób przekazujących informacje o przełożonych. „Jeśli więc ktoś przekazuje informację dotyczącą jego przełożonego, uważając jego działania za niewłaściwe, co do zasady zasługuje na ochronę” – podkreśla ekspert.
Według prawników nieakceptowalna jest sytuacja, w której organ administracji rządowej zapewnia zgłaszającego o stosowaniu ochrony, po czym przekazuje zgłoszenie podmiotowi, którego ono dotyczy. „Jaki jest sens ustawy o sygnalistach, kiedy partykularna decyzja urzędnika pozwala na ujawnienie danych zgłaszającego?” – pyta retorycznie Mądrzycki.
Krążący wśród polityków list i „ciekawostka” ze szkodą dla sygnalistki
Poufny dokument Hanny Radziejowskiej szybko stał się przedmiotem zainteresowania środowisk politycznych. Dziennikarze Wirtualnej Polski postanowili sprawdzić, jak łatwo jest zdobyć list sygnalistki. Poprosili jednego z posłów koalicji rządowej o pomoc – w ciągu kilku godzin otrzymali kopię dokumentu oznaczonego przez autorkę jako poufna korespondencja.
List sygnalistki krążył wśród polityków i urzędników jako „ciekawostka”. To pokazuje, jak daleko odeszły od standardów ochrony dane osoby, która powinna być chroniona przez państwo. Rzeczniczka Instytutu Pileckiego Luiza Jurgiel-Żyła w portalu X cieszyła się z oficjalnego potwierdzenia ministerstwa, że „weekendowe rewelacje Wirtualnej Polski były nieprawdziwe”.
Tymczasem fakty pozostają niezmienne – ministerstwo najpierw przyznało Radziejowskiej ochronę, a potem przekazało jej zgłoszenie osobie, której ono dotyczyło. Skutek był przewidywalny i bolesny dla sygnalistki. Hanna Radziejowska oświadczyła, że planuje dochodzić swoich praw przed sądem.
Afera Ruchniewicza w tle – o czym alarmowała sygnalistka
Zgłoszenia Radziejowskiej dotyczyły konkretnych działań Krzysztofa Ruchniewicza, kontrowersyjnego historyka z Uniwersytetu Wrocławskiego, które jej zdaniem godziły w interes państwa polskiego. W sierpniu „Rzeczpospolita” ujawniła, że dyrektor Instytutu Pileckiego chciał zorganizować seminarium dotyczące zwrotu zrabowanych przez Polskę (!!!) dóbr kultury na rzecz Niemiec z okresu II Wojny Światowej. O planach Ruchniewicza szefowa berlińskiego oddziału zaalarmowała minister Cienkowską i chargé d’affaires ambasady w Berlinie Jana Tombińskiego.
To właśnie tego typu działania budziły niepokój Radziejowskiej. Jako osoba odpowiedzialna za niemiecki oddział instytutu miała dostęp do planów dyrektora i mogła ocenić ich potencjalne konsekwencje. Jej zgłoszenia nie były więc abstrakcyjnymi zarzutami, lecz konkretnym alarmem o działaniach szkodzących polskim interesom i wypaczających prawdę historyczną.
Ministerstwo jednak zamiast zbadać sygnalizowane nieprawidłowości, przekazało zgłoszenie osobie, której ono dotyczyło. W efekcie zamiast ochrony sygnalistki i wyjaśnienia sprawy, otrzymaliśmy zemstę na informatorce i próbę zatuszowania całej afery przez resort kultury.
