Prokuratura zaskarżyła wyrok uniewinniający wobec żołnierza Karola S., kierując apelację do Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie. Sąd wojskowy w maju tego roku uznał, że dwanaście strzałów oddanych w chwili, gdy migranci siłowo forsowali granicę, nie przekroczyło jego uprawnień. Formalnie poszkodowani żólnierze stoją po stronie oskarżonego, bo sami mówili, że nie czuli zagrożenia z jego strony i nie chcieli jego ścigania, a mimo to sprawa wraca na wokandę.
Dlaczego prokuratura wraca do sprawy?
Prokuratura Okręgowa w Warszawie złożyła apelację od wyroku, który w maju tego roku uniewinnił żołnierza Karola S. Rzecznik tej prokuratury, prokurator Piotr Skiba, poinformował, że „apelacja została przyjęta i przekazana do rozpoznania do Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie”. Sprawa, którą sąd garnizonowy uznał za zamkniętą, wraca więc na wokandę wyższej instancji.
Obrońca oskarżonego, mecenas Edyta Skwira, oceniła apelację jako polemikę prokuratury z ustaleniami i wyrokiem sądu. Terminu rozprawy apelacyjnej jeszcze nie wyznaczono.
Czego chcieli sami poszkodowani?
Uzasadniając uniewinnienie, sędzia Radosław Hunek powiedział, że „żołnierz wykonywał swoje zadanie zgodnie z obowiązkami„. Przypomniał przy tym, że każdy żołnierz ma konstytucyjny i ustawowy obowiązek obrony granic, a artykuł 11 ustawy o obronie ojczyzny pozwala Siłom Zbrojnym stosować środki przymusu bezpośredniego i broń „w sposób adekwatny do zagrożenia”.
Formalnie pokrzywdzonymi w sprawie są funkcjonariusze Straży Granicznej i żołnierze, którzy tamtego dnia stali przy Karolu S. Jak przypomniał sędzia Hunek, wszyscy zeznali, że nie czuli żadnego zagrożenia z jego strony i nie żądali ścigania oskarżonego. Prokuratura mimo to zaskarżyła wyrok, który tę wersję potwierdził.
Co wydarzyło się w marcu przy granicy?
Śledztwo ustaliło, że 25 marca 2024 roku przy granicy z Białorusią grupa migrantów lewarkiem rozgięła przęsła stalowej bariery. Do zdarzenia doszło w rejonie Dubicz Cerkiewnych. Migranci nieśli też drabiny, którymi chcieli pokonać zwoje ostrego drutu, czyli concertinę.
Karol S. biegł w stronę zdarzenia z odległości od około 210 do 164 metrów. Wtedy dwanaście razy przyjął postawę strzelecką i oddał strzały wzdłuż drogi granicznej, w stronę grupy złożonej z migrantów, funkcjonariuszy Straży Granicznej i żołnierzy. Trzy pociski rykoszetowały po uderzeniach w betonowy słup, ziemię i drut kolczasty. Pozostałe dziewięć przeszły obok grupy.
Biegły z zakresu broni i balistyki ocenił, że pociski z dziewięciu strzałów, które nie rykoszetowały, miały energię wystarczającą do zranienia lub zabicia człowieka, zależnie od miejsca trafienia na całym torze lotu. Migranci w tym czasie cofali się na stronę białoruską, rzucając gałęziami i kamieniami w funkcjonariuszy i żołnierzy, którzy odpowiadali gazem łzawiącym.
Jak swoje strzały tłumaczy sam żołnierz?
Karol S. służył wtedy w 1. Warszawskiej Brygadzie Pancernej, w Batalionie Zmechanizowanym w Białej Podlaskiej. W śledztwie i przed sądem nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Wyjaśnił, że na widok migrantów krzyknął „Wojsko Polskie, stój”, a potem „Wojsko Polskie, stój, bo strzelam”, i dopiero wtedy oddał strzały.
Jego zdaniem strzały poszły w bezpieczny kierunek, lekko w górę, żeby zaalarmować pobliskie posterunki. Nazwał je strzałami alarmowymi i ostrzegawczymi. Wcześniej nie był karany.
Czy to pierwszy taki atak na granicy?
Karol S. nie jest pierwszym żołnierzem z tej brygady, który znalazł się w niebezpieczeństwie na granicy z Białorusią. W maju 2024 roku migrant ugodził nożem w klatkę piersiową szeregowego Mateusza Sitka. Do ataku doszło w tym samym rejonie Dubicz Cerkiewnych. Sitek służył w tej samej, 1. Warszawskiej Brygadzie Pancernej.
Sitek zmarł z odniesionych ran 6 czerwca 2024 roku w Warszawie. Miał 21 lat. Sprawcę ataku zidentyfikowano na nagraniach z granicy, ale nikogo nie zatrzymano, a śledczy wskazywali, że może przebywać na Białorusi.
