Polska nieoficjalnie szykuje dla Ukrainy kolejną donację pocisków do systemu Patriot. Pakiet ma być wart 50 milionów euro. Nasz krajowy zapas liczy niespełna 200 zakontraktowanych pocisków PAC-3 MSE. Znaczna część obiecanej w zamian wymiany za ukraińskie technologie wciąż nie doszła do skutku. Wojskowi zapewniają, że decyzja nie naraża bezpieczeństwa kraju, opozycja twierdzi inaczej.
Skala nowej donacji pozostaje tajemnicą
W kręgach rządowych i wojskowych krąży nieoficjalnie informacja, że Polska przygotowuje dla Ukrainy kolejne pociski do systemu Patriot. Cały pakiet pomocy, w którym mają się znaleźć środki obrony powietrznej, ma być wart zdecydowanie ponad 50 milionów euro.
Dowódca operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych gen. dyw. pil. dr Ireneusz Nowak potwierdza kierunek decyzji, ale studzi nastroje co do skali. „Nikt nie mówi o masowych donacjach”, mówi generał, pytany o zasadność takiego kroku. Resort obrony oficjalnie nie zdradza, ile dokładnie pocisków ma trafić do Kijowa. W komunikacie prasowym urzędnicy tłumaczą, że przygotowują wsparcie obejmujące sprzęt wychodzący z użycia polskiego wojska, którego zasoby określa szef Sztabu Generalnego, i że granicą skali pomocy pozostaje bezpieczeństwo państwa.
Własne zapasy topnieją wraz z donacjami
Cała ta operacja rozgrywa się na tle niezwykle skromnych własnych zasobów. Polska dysponuje 16 wyrzutniami systemu Patriot. Do baterii zakontraktowano dokładnie 208 pocisków PAC-3 MSE. Nie wszystkie zdążyły dotrzeć do kraju. Latem Polska przekazała Ukrainie pięć takich pocisków, o czym mówił wówczas sam premier.
Każdy egzemplarz kosztuje kilka milionów dolarów, a produkcja nie nadąża za potrzebami całego Zachodu. Od lutego 2022 roku do dziś Polska dostarczyła Ukrainie sprzęt wojskowy o łącznej wartości około 16,45 miliarda złotych. Większość, 14,9 miliarda złotych, przypadła na lata 2022 i 2023. W kolejnych latach, 2024 do 2026, wartość pomocy spadła do około 1,55 miliarda złotych, czyli 9,4 procent całości.
Wielowarstwowa tarcza dopiero powstanie a dziura się powiększa
Pytanie, czy Polskę stać na kolejną donację, ma konkretny militarny kontekst. Krajowa obrona powietrzna dopiero się buduje. Najwyższą warstwę ma tworzyć Wisła oparta na Patriotach, niżej ma stanąć Narew z pociskami CAMM-ER, a bezpośrednią osłonę wojsk i obiektów strategicznych mają zapewniać Pilica i Pilica Plus. System SAN, odpowiedzialny za tanie zwalczanie dronów, wciąż czeka na pierwsze wdrożenie.
Lista obiektów, które w razie wojny miałyby być chronione bateriami Patriot, pozostaje niejawna. Analiza branżowa wskazuje, że mogą się na niej znaleźć bydgoskie zakłady Nitro-Chem, główny producent trotylu w Europie. Wymienia się też elektrownie w Bełchatowie i Kozienicach. Rosyjskie rakiety balistyczne zużywane są w tempie około 84 sztuk miesięcznie, przy produkcji rzędu 100 sztuk, co pozwala Moskwie gromadzić zapas na wypadek zmasowanego ataku. Przy takiej skali zagrożenia z analiz wojskowych wynika, że posiadanych przez Polskę pocisków może zabraknąć do obrony wszystkich dużych miast naraz. Może ich zabraknąć nawet na drugą rosyjską salwę…
MiG-i w zamian za drony utknęły, ale ukraińcy chcą coraz więcej
Polska po raz pierwszy liczyła na coś w zamian za swoje donacje warte 16 mld złotych. W grę miały wchodzić ukraińskie technologie dronowe, zdobyte w boju doświadczenie z walki z rosyjskimi bezzałogowcami, w zamian za ostatnie polskie myśliwce MiG-29. Transakcja utknęła. Nie opłacała się stronie ukraińskiej otrzymującej dotychczas uzbrojenie za darmo.
„Ukraina nie wywiązała się z umowy dotyczącej korzystania z technologii dronowej”, ocenił wiceszef MON. Rozmowy nie zostały jednak zerwane. Strona polska deklaruje gotowość do dalszych negocjacji także w ramach unijnego mechanizmu SAFE, a szef MON zapewnia, że temat pozostaje otwarty. Ukraina w tym samym czasie zawiera podobne umowy dronowe z kolejnymi państwami NATO, od Łotwy po kraje Zatoki Perskiej, co dla Warszawy oznacza malejącą przewagę negocjacyjną. Część polskich polityków wiąże ochłodzenie także ze sporem o nazwę jednostki noszącej imię UPA, choć strona ukraińska tłumaczy zwłokę wyłącznie względami kontraktowymi.
Nazwa jednostki wojskowej podzieliła Warszawę i Kijów
W tle sporu o uzbrojenie tli się spór o pamięć. W maju prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych Północ zaszczytną nazwę imienia Bohaterów UPA. To nie był pierwszy taki dekret. W 2023 roku imię Jewhena Konowalca, twórcy ukraińskiego ruchu narodowego, otrzymał jeden z batalionów rozpoznawczych. Rok później patronem kolejnej brygady został jeden z dowódców UPA na Wołyniu.
Polskie MSZ zareagowało ostro. „Ta decyzja rani pamięć o ofiarach tej organizacji. Może być wykorzystana przez propagandę Rosji”, ocenił rzecznik resortu. Prezydent Karol Nawrocki poszedł dalej i odebrał Zełenskiemu Order Orła Białego. „Nie możemy zapomnieć o naszej historii. Niech żyje Polska”, napisał, ogłaszając decyzję. Kijów odpowiedział, że intencją nie była zniewaga wobec Polaków. „Nasi wojskowi z pewnością nie mieli na celu obrażenia przyjaznego narodu polskiego”, przekonywał rzecznik ukraińskiej dyplomacji, przypominając wspólne karty historii obu narodów w walce z Moskwą.
Opozycja mówi o rozbrajaniu Polski
Decyzja o kolejnej donacji budzi w Polsce silny sprzeciw, także w sondażach. Instytut IBRiS zapytał Polaków o zdanie w tej sprawie. 64,4 procent respondentów opowiedziało się przeciwko przekazywaniu Ukrainie pocisków Patriot, a poparcie zadeklarowało jedynie 21,6 procent. Wśród wyborców partii opozycyjnych sprzeciw sięgnął 82 procent.
Politycy opozycji nie przebierają w słowach. Poseł Przemysław Czarnek mówił o „rozbrajaniu Polski” i zarzucał rządowi, że podjął decyzję bez informowania Sejmu i prezydenta. Były minister obrony Mariusz Błaszczak przypomniał w mediach społecznościowych, po co Polska w ogóle kupiła te rakiety, pisząc, że kupiono je „żeby bronić polskiego nieba, polskich miast i polskich rodzin”. Europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik zwraca uwagę, że PAC-3 MSE to jedyne pociski w polskim arsenale skutecznie zwalczające rosyjskie Iskandery, a wcześniejsza donacja przyniosła Polsce głównie deklaracje wdzięczności. Pyta też, czy kolejna decyzja nie zapada po cichu, bez wiedzy obywateli.
Rząd i fanatycy bronią decyzji
Nie wszyscy w tym widzą zagrożenie. Wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz od miesięcy przekonuje, że wsparcie dla Ukrainy leży w bezpośrednim interesie bezpieczeństwa Polski, bo niszczenie rosyjskich rakiet nad ukraińskim niebem oznacza mniej pocisków lecących później w stronę polskiej granicy. Resort obrony powtarza, że każda dostawa jest poprzedzona analizą Sztabu Generalnego i nie może zagrażać obronności kraju.
Ten argument znajduje odbiorców wśród najbardziej fanatycznych wyborców partii rządzącej. Za przekazaniem Patriotów opowiada się nawet 49 procent zwolenników PO. Przeciw 35 procent, czyli odwrotnie niż w całej próbie. Rozkład poparcia pokazuje, jak głęboko spór o Patrioty pokrywa się dziś z podziałem na rządzących i Polaków.
Czy to już zdrada dyplomatyczna?
Krytycy nie ukrywają, że w tej sprawie widzą coś więcej niż zwykły spór polityczny. Padają słowa o rozbrajaniu własnej armii w obliczu wciąż niezakończonej wojny za wschodnią granicą, o decyzji podjętej bez konsultacji z Sejmem i prezydentem, w sytuacji gdy Ukraina nie oddała jeszcze obiecanych technologii, a jedna z jej elitarnych jednostek nosi dziś imię formacji odpowiedzialnej za Ludobójstwo na Wołyniu. Ta karta polskiej historii wciąż dzieli oba narody, a problem jedynie narasta.
Rząd odpowiada, że pomoc dla Ukrainy chroni Polskę pośrednio, poprzez osłabianie rosyjskiego potencjału rakietowego i że żadna decyzja nie zapada bez wojskowej analizy ryzyka. Czy to wciąż sojusznicza wzajemność, czy już krok sprzeczny z polską racją stanu, pokaże dopiero to, co Warszawa faktycznie dostanie w zamian i czy Kijów zmieni stanowisko w sporze o gloryfikowanie morderców naszych babć i dziadków.
