Monika Horna-Cieślak doprowadziła do umieszczenia dwójki małych dzieci w placówce opiekuńczej, choć wcześniej ani policja, ani kurator, ani sąd nie widzieli do tego podstaw. Dzień przed decyzją kurator sądowy jednoznacznie stwierdził, że nie ma powodu do natychmiastowego zabezpieczenia dzieci w pieczy zastępczej. Sąd później nakazał ich natychmiastowy powrót do rodziców i ocenił, że działania wobec rodziny mogą nosić znamiona przemocy instytucjonalnej, a Komenda Stołeczna Policji zaprzecza dziś części ustaleń zawartych we własnych aktach tej sprawy. Dramat zaczął się od nieprzyjemnego spotkania z Horną-Cieślak na chodniku na Białołęce.
Co dokładnie wydarzyło się na Białołęce?
Jak ustaliła redakcja Zero.pl, do zdarzenia doszło w piątek, 14 sierpnia. Monika Horna-Cieślak natknęła się na ulicy na matkę, która szarpała i krzyczała na dziecko próbujące wbiec na jezdnię. Rzeczniczka zwróciła kobiecie uwagę, a w odpowiedzi usłyszała rzekomo pod swoim adresem wulgarne słowa.
Sprawa mogła się na tym skończyć. Nie skończyła się. Na miejsce obrażona Rzeczniczka Praw Dziecka wezwała policję, a funkcjonariusze, którzy jeszcze tego dnia zweryfikowali sytuację rodziny, nie znaleźli podstaw do wydania wobec niej jakichkolwiek nakazów czy zakazów przewidzianych w ustawie o przeciwdziałaniu przemocy domowej. Podobnego zdania była wtedy sama policja, zanim w grę weszły najwyższe rządowe instytucje i dodatkowe telefony z biura Rzeczniczki Praw Dziecka.
Dlaczego trzy niezależne instytucje nie widziały podstaw do interwencji?
Dzień po zdarzeniu, w sobotę 15 sierpnia, kurator sądowy przeprowadził na pilne zlecenie sądu wywiad środowiskowy w miejscu zamieszkania rodziny. Jego wniosek był kategoryczny. Brakowało podstaw do natychmiastowego zabezpieczenia dzieci w pieczy zastępczej.
Tymczasem, jak wynika z późniejszego uzasadnienia sądu, pracownik biura Rzeczniczki Praw Dziecka dwukrotnie kontaktował się telefonicznie z sędzią, próbując przekonać go do wydania orzeczenia o odebraniu dzieci rodzicom. Za każdym razem bezskutecznie. Trzy niezależne od siebie instytucje, czyli policja, kurator i sąd, doszły więc osobno do tego samego wniosku, że nagłe rozdzielenie rodziny nie jest uzasadnione.
Co ustalono na weekendowym spotkaniu z komendantem policji?
Obrażona Rzecznik nie odpuszczała. W weekend 15 i 16 sierpnia w Komendzie Stołecznej Policji odbyło się mimo to nadzwyczajne spotkanie robocze, poświęcone wyłącznie sytuacji tej jednej rodziny. Wzięła w nim udział Monika Horna-Cieślak.
Z uzasadnienia postanowienia sądu, opartego na zeznaniach funkcjonariuszki, która ostatecznie podjęła decyzję, wynika, że w spotkaniu uczestniczył także osobiście komendant stołeczny policji. Sama funkcjonariuszka przyznała sądowi, że w swojej kilkuletniej karierze zawodowej na zajmowanym stanowisku po raz pierwszy spotkała się z sytuacją, w której dla oceny jednej rodziny organizuje się spotkanie z udziałem komendanta w dzień ustawowo wolny od pracy. Efektem było wydanie rodzicom nakazu opuszczenia mieszkania i zakazu zbliżania się do dzieci. Opieki nad nimi nie miał wtedy kto przejąć na miejscu, więc trafiły do placówki opiekuńczo-wychowawczej.
Co dokładnie zarzucił sąd w uzasadnieniu postanowienia?
Sąd, do którego trafiła sprawa już po umieszczeniu dzieci w placówce, zbadał ją z urzędu i nakazał ich natychmiastowy powrót do rodziców. W uzasadnieniu ocenił, że działania wobec rodziny mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej i były rażąco nieproporcjonalne do zaistniałego zdarzenia.
Sędzia zwrócił też uwagę na osobiste zaangażowanie Rzeczniczki Praw Dziecka, oceniając, że autorytet piastowanego przez nią urzędu mógł zostać wykorzystany do forsowania z góry przyjętej tezy o zagrożeniu dzieci. Rozdzielenie tak małych dzieci od obojga rodziców, oceniał dalej sąd, może zostawić w nich ślad psychologiczny odczuwalny jeszcze w dorosłym życiu. Trzy i cztery lata. Tyle bowiem mają dzieci, o których mowa.
Czy dwa zamknięte piwa w lodówce uzasadniały odebranie dzieci?
Wśród argumentów, które padły w sprawie, znalazły się też dwie zamknięte butelki piwa znalezione w mieszkaniu podczas czynności policyjnych. Sąd nazwał ten argument całkowicie chybionym i wręcz absurdalnym.
W Polsce alkohol jest legalną, ogólnodostępną substancją przeznaczoną dla osób pełnoletnich, a samo jego posiadanie w lodówce nie świadczy o zagrożeniu dla dzieci, przypomniał sąd w uzasadnieniu postanowienia.
W toku wcześniejszych interwencji i weryfikacji środowiska rodziców ani razu nie zastano pod wpływem alkoholu. Nikt przy dzieciach nie pił. Podczas przeszukania mieszkania użyto nawet specjalistycznego psa tropiącego. Nie znaleziono żadnych substancji zakazanych przez ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii.
Co odpowiada policja na te ustalenia?
Po publikacji tej historii Komenda Stołeczna Policji nie odpowiedziała na pytania redakcji zero.pl, opublikowała za to własne oświadczenie w mediach społecznościowych. Napisała w nim, że spotkanie 15 sierpnia miało charakter wyłącznie roboczy, a komendant stołeczny w nim nie uczestniczył.
Ta wersja stoi w sprzeczności z tym, co wynika z uzasadnienia postanowienia sądu, opartego na zeznaniach samej funkcjonariuszki, która wydała nakazy. Zeznała ona, że spotkanie było zorganizowane właśnie z udziałem komendanta. Oświadczenie policji zawiera też błąd co do samej daty zdarzenia. Dwukrotnie pada w nim informacja, że doszło do niego 13 sierpnia, a nie dzień później, kiedy faktycznie miało miejsce.
Komenda Stołeczna Policji przekonuje ponadto, że jej ocena nie opierała się wyłącznie na zdarzeniu z ulicy, lecz uwzględniała szerszy kontekst sytuacji rodziny, między innymi wcześniejszy nadzór kuratorski i procedurę Niebieskiej Karty. Sąd odniósł się i do tego argumentu.
Co zmieniło się od wyroku sprzed trzech tygodni?
Rodzina, o której mowa, nie trafiła w pole zainteresowania służb po raz pierwszy. Była już wcześniej objęta procedurą Niebieskiej Karty i nadzorem kuratorskim w dwóch poprzednich dzielnicach zamieszkania. 23 lipca sprawą zajął się jeszcze raz Sąd Rejonowy dla Warszawy-Żoliborza. Znał już wtedy karalność ojca dzieci i planowaną przeprowadzkę całej rodziny na Białołękę, a mimo to nie zdecydował się na ich odebranie. Wydał wtedy jedynie zarządzenia opiekuńcze, mające podnieść kompetencje wychowawcze rodziców.
Sąd sam zwrócił na to uwagę w uzasadnieniu sierpniowego postanowienia. Analiza materiału dowodowego nie wykazała żadnej zmiany okoliczności między lipcowym wyrokiem a sierpniową interwencją. Wszystko to sąd znał już wcześniej. Trzy tygodnie przed sierpniową interwencją.
Jaką cenę psychiczną mogą zapłacić same dzieci?
W tym całym sporze z obrażonym biurokratą łatwo zgubić to, o kogo naprawdę chodzi. Sąd, oceniając całą sprawę, zwrócił uwagę, że nagłe i przymusowe rozdzielenie tak małych dzieci od obojga rodziców może zostawić w nich ślad psychologiczny odczuwalny jeszcze w dorosłym życiu.
Dziecko w wieku trzech czy czterech lat nie rozumie procedur administracyjnych ani tego, kto komu nie odpowiedział na pytania. Nie rozumie też wybujałego ego i urażonej dumy niekompetentnego urzędnika, który nigdy nie powienien pełnić tak wysokiego stanowiska. Rozumie tylko, że nagle zabrano je z domu. Państwo, które tak sprawnie potrafiło zorganizować spotkanie z udziałem komendanta stołecznego policji w dzień wolny, będzie teraz musiało równie sprawnie zadbać o to, czego te dzieci mogą dziś potrzebować najbardziej. Czy bedzie tak samo skłonne naprawić krzywdę jaką wyrzodziło?
Jakie są dalsze konsekwencje polityczne i prawne dla Hornej-Cieślak?
Sprawa nie skończyła się na jednym artykule. Poseł Rozwoju Plus Paweł Jabłoński złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w związku z działaniami Rzeczniczki Praw Dziecka. Wniósł też o zabezpieczenie dowodów i wszczęcie procedury uchylenia jej immunitetu.
Głos w sprawie zabrał również Krzysztof Stanowski, twórca Kanału Zero. Ocenił działania Hornej-Cieślak wyjątkowo surowo.
