Podróż premiera Donalda Tuska do Kijowa, zorganizowana w atmosferze tajemnicy i niejasnych intencji, rzuca nowe światło na politykę rządu względem konfliktu na Ukrainie. Wizyta, która odbyła się w ramach tzw. „Koalicji Chętnych”, wzbudziła więcej pytań niż odpowiedzi – zwłaszcza po niedawnych słowach Keitha Kelloga, specjalnego wysłannika prezydenta USA, który zasugerował, że podczas spotkania omawiano wysłanie wojsk sojuszniczych, w tym polskich, na teren Ukrainy. Czy premier Tusk zobowiązał się do tego kroku – i jeśli tak, to dlaczego Polacy nadal o niczym nie wiedzą?
Izolacja Tuska w pociągu – incydent czy sygnał?
Premier Donald Tusk do Kijowa udał się specjalnym pociągiem razem z innymi przywódcami państw Europy Zachodniej. Zamiast wspólnej podróży i okazji do rozmów, szef polskiego rządu został jednak przesadzony do osobnego wagonu. Informacja ta wyciekła dopiero po czasie, a rzecznik rządu nie zdecydował się na żadne stanowisko.
Zaskakuje brak wyjaśnień – czy była to forma dyplomatycznego chłodu ze strony partnerów, czy raczej komunikat, że Polska nie do końca jest traktowana jako równorzędny uczestnik ustaleń? Wszak zaledwie kilka miesięcy wcześniej Tusk deklarował chęć odbudowy sojuszy.
„Koalicja Chętnych” – tylko nazwa czy zapowiedź działania?
Nazwa „Koalicja Chętnych” od początku brzmiała enigmatycznie. Chętnych na co? Na pomoc humanitarną, polityczne wsparcie Ukrainy, czy może coś więcej?
Po spotkaniu w Kijowie nie ogłoszono żadnych konkretnych ustaleń. Rząd milczał. Jednak po wypowiedzi jednego z przedstawicieli administracji Donalda Trumpa – wszystko zaczęło układać się w szokującą całość. Według tej relacji, rozmowy miały dotyczyć wysłania wojsk sojuszniczych na Ukrainę. I wszystko wskazuje na to, że Polska mogła się jednak zobowiązać do udziału w tej operacji podczas telekonferencji z prezydentem USA Donaldem Trumpem.
– Kilka dni temu przedstawiciele Polski, Niemiec, Francji i Wlk. Brytanii byli w Kijowie. Stamtąd zadzwonili do prezydenta Trumpa i odbyli dobrą rozmowę. Więc wszystko zaczyna działać, te działania są zsynchronizowane – mówił gen. Kellogg.
Cisza rządu – czy milczenie to przyznanie się do winy?
Nie było żadnych oficjalnych komunikatów ze strony polskich władz po tej wizycie. Ani Kancelaria Premiera, ani Ministerstwo Obrony Narodowej nie skomentowały medialnych doniesień. To milczenie staje się coraz bardziej wymowne – szczególnie w zestawieniu z coraz wyraźniejszymi sygnałami z Zachodu.
Polacy mają prawo wiedzieć: czy ich rząd planuje wysłać żołnierzy na Ukrainę? Czy decyzje zapadły za zamkniętymi drzwiami? I wreszcie: dlaczego nikt ich o to nie zapytał?
„Najpierw dowiedzieliśmy się z mediów, że Tusk pojechał do Kijowa w ramach tzw. koalicji chętnych. Teraz słyszymy od amerykańskich polityków, że trwają rozmowy na temat wysłania polskich żołnierzy na Ukrainę. Tusk już nie raz oszukał Polaków i planuje znów to zrobić” powiedział Jarosław Kaczyński na platformie X
Polskie wojsko na Ukrainie? Potrzebna zgoda prezydenta – ale nie teraz…
Zgodnie z Konstytucją RP, wysłanie wojsk polskich za granicę wymaga zgody Prezydenta. Do tej pory taka zgoda nie została wydana, a Pałac Prezydencki milczy. Co więcej, z nieoficjalnych informacji wynika, że prezydent Duda nie został nawet poinformowany o ewentualnych ustaleniach z Kijowa.
Według naszych źródeł, obecna strategia rządu opiera się na przeczekaniu. Premier Donald Tusk miałby ogłosić decyzję dopiero po zakończeniu kampanii wyborczej – licząc, że jego kandydat, Rafał Trzaskowski, zwycięży i będzie w stanie wyrazić zgodę na tę kontrowersyjną misję.
Dlaczego ta informacja nie została ujawniona wcześniej? Bo kandydat opozycji, Karol Nawrocki, jednoznacznie zapowiedział, że nie wyrazi zgody na wysłanie polskich wojsk na Ukrainę. Ujawnienie ustaleń z Kijowa mogłoby więc pogrzebać szanse Rafała Trzaskowskiego w wyborach. Gra toczy się więc nie tylko o bezpieczeństwo narodowe, ale i o wynik politycznego starcia dwóch hegemonów polskiej sceny politycznej.
