6 listopada 2025 roku Sąd Okręgowy we Wrocławiu prawomocnie uniewinnił Władysława Frasyniuka od zarzutu znieważenia żołnierzy. Były opozycjonista, który w 2021 roku nazwał funkcjonariuszy chroniących wschodnią granicę „watahą psów” i „śmieciami”, usłyszał dziś, że jego słowa były „elementem ważnej debaty publicznej”. Sprawa trwała ponad cztery lata, przeszła przez wszystkie instancje i zakończyła się zaskakującym zwrotem – sąd uznał te same słowa, za które wcześniej skazał Frasyniuka na 15 tysięcy złotych grzywny, za dopuszczalną krytykę.
Czy status społeczny zapewnia bezkarność?
Sierpień 2021 roku, program „Rozmowy o Europie” w TVN24. Władysław Frasyniuk komentuje sytuację na granicy polsko-białoruskiej, gdzie trwa atak hybrydowy reżimu Łukaszenki słowami, które wejdą do annałów polskiego wymiaru sprawiedliwości: „Słowo żołnierz jest upokarzające dla tych wszystkich, którzy byli na misjach polskich poza granicami. Mam wrażenie, że to jest wataha psów, która otoczyła biednych, słabych ludzi„.
Nie poprzestał na tym. W tej samej rozmowie dodał: „To są śmiecie, a nie żołnierze. To są zwykłe tchórze, które realizują rozkazy, które są antypolskie„. Określił ich zachowanie jako „arogancję, chamstwo i prostactwo” oraz stwierdził, że „plują na wartości, o które walczyli ich rodzice i dziadkowie„. To wszystko nadal słowa skierowane do polskich żołnieży i strażników granicznych pilnujących wschodniej granicy przed akcją rezimu Łukaszenki.
Kilka lat później jeden z tych „słabych” i „biednych ludzi” jak twierdził wówczas Frasyniuk, zabija przy użyciu noża polskiego żołnierza, sierż. Mateusza Sitka, który pełni służbę na granicy z Białorusią w okolicach Dubicz Cerkiewnych na Podlasiu. Żołnierz umiera w szpitalu 6 czerwca 2024 roku, kilka dni po ataku. Żołnierż próbował powstrzymać agresywną grupę migrantów Łukaszenki przed siłowym przekroczeniem granicy. Migrantów, dodajmy, zwożonych samolotami do Mińska przez białoruski reżim.
Prokuratura uznała, że były działacz opozycji demokratycznej przekroczył granice wolności słowa i postawiono mu zarzut znieważenia funkcjonariuszy publicznych podczas pełnienia obowiązków.
Pierwszy wyrok zapadł w sierpniu 2022 roku. Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Śródmieścia uznał Frasyniuka winnym, ale warunkowo umorzył postępowanie na rok próby. Była ikona Solidarności miała zapłacić jedynie 3 tysiące złotych nawiązki na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Orzeczenie podkreślało, że czyn został popełniony, ale jego szkodliwość społeczna jest na tyle nieznaczna, że można odstąpić od wymierzenia kary.
Sąd Apelacyjny we Wrocławiu w listopadzie 2023 roku uchylił to rozstrzygnięcie i nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy. Uznał, że należy dokładniej przeanalizować, czy wypowiedź Frasyniuka była jedynie wyrazem jego poglądów politycznych, czy jednak przekroczyła granice dopuszczalnej krytyki. Sprawa wróciła do sądu pierwszej instancji. Tym razem, w marcu 2025 roku, wrocławski sąd wydał wyrok skazujący. Sędzia Piotr Górecki orzekł wtedy grzywnę w wysokości 15 tysięcy złotych, argumentując, że użyte określenia miały „obiektywne znaczenie pejoratywne, poniżające i naruszające człowieczeństwo” żołnierzy.
„Element debaty publicznej” – magiczna formuła na bezkarność
Sąd Okręgowy we Wrocławiu w uzasadnieniu uniewinnienia odwołał się do koncepcji, która w polskim prawie potrafi usprawiedliwić niemal wszystko – „ważnej debaty publicznej”. Frasyniuk po ogłoszeniu wyroku stwierdził: „Moja wypowiedź była elementem ważnej debaty publicznej i znalazła ona zrozumienie sądu”.
Mecenas Radosław Baszuk, obrońca Frasyniuka, konsekwentnie przekonywał, że jego klient nie dopuścił się przestępstwa, ponieważ nie wskazał konkretnych osób – mówił o „niezindywidualizowanej grupie”. Argumentacja brzmi znajomo dla każdego, kto śledził podobne sprawy. Problem polega na tym, że polskie prawo karze znieważenie funkcjonariuszy publicznych „podczas i w związku z pełnieniem obowiązków” – bez konieczności wskazywania nazwisk. Żołnierze na granicy latem 2021 roku byli na służbie.
Decyzja o wyłączeniu jawności rozprawy budzi kolejne pytania. Jeśli wyrok jest słuszny i oparty na mocnych podstawach prawnych, dlaczego ukrywa się jego uzasadnienie przed opinią publiczną? Czy sąd obawia się reakcji społecznej? A może wie, że argumentacja nie wytrzyma próby publicznej debaty, którą rzekomo tak bardzo chroni?
Mundur chroni przed krytyką, chyba że krytykuje „nasz” celebryta
Polska Policja odnotowuje rocznie około 7500 przypadków znieważenia funkcjonariuszy. Większość kończy się skazaniem sprawców, często na kary bezwzględnego pozbawienia wolności. Adam C. z Limanowej w listopadzie 2025 roku trafił na sześć miesięcy do więzienia za komentarze w internecie uznane za znieważenie policjantów. Nie nazwał ich „śmieciami” ani „watahą psów” – użył słów, których treść nigdy nie ujrzała światła dziennego w mediach. Wystarczyło, że siedział przed komputerem, a nie przed kamerami telewizyjnymi.
Trybunał Konstytucyjny w 2015 roku jasno orzekł: znieważenie funkcjonariusza publicznego musi nastąpić „podczas i w związku z” wykonywaniem przez niego obowiązków służbowych. Żołnierze na granicy polsko-białoruskiej latem 2021 roku pełnili służbę. Ochraniali granicę państwową w trakcie kryzysu migracyjnego zorganizowanego przez reżim Łukaszenki. Frasyniuk komentował ich działania w tym właśnie kontekście – czyli dokładnie „w związku z pełnieniem obowiązków”. Według logiki wyroku z marca 2025 roku wszystkie przesłanki przestępstwa zostały spełnione.
Podczas procesu zeznawał oficer, który przyznał, że ani jeden żołnierz nie złożył zawiadomienia o poczuciu się obrażonym wypowiedzią Frasyniuka. Obrona wykorzystała to jako argument, że nikt nie poczuł się znieważony. Pomijając fakt, że przestępstwo z art. 226 kodeksu karnego nie wymaga zawiadomienia pokrzywdzonego – jest ścigane z urzędu – warto zapytać: czy żołnierz w służbie ma w ogóle prawo publicznie przyznać, że poczuł się urażony słowami polityka? Czy nie naraziłby się na oskarżenia o „polityczne zaangażowanie” i konsekwencje służbowe?
Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 2006 roku stwierdził, że funkcjonariusze publiczni powinni znosić szerszą krytykę niż osoby prywatne – to element społecznej kontroli nad władzą. Argumentacja brzmi rozsądnie, dopóki nie zestawimy jej z realiami. Zwykły obywatel, który na Facebooku napisze o policjancie „pies”, idzie siedzieć. Ikona opozycji, która przed kamerami nazwie żołnierzy „watahą psów” i „śmieciami”, wychodzi z sądu wolna.
Gdzie leży granica między „szerszą krytyką” a bezkarną obelgą? Odpowiedź jakiej udziela nam wrocławski sąd brzmi: w statusie społecznym oskarżonego.
Frasyniuk kontra Kowalski
Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu od lat powtarza jak mantrę, że politycy i osoby publiczne muszą znosić ostrzejszą krytykę niż zwykli obywatele. To rzekomo standard demokratycznego państwa prawa. Problem zaczyna się, gdy tę samą zasadę próbuje się stosować odwrotnie – wobec celebrytów i polityków.
Hanna Machińska, zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, w 2024 roku ujawniła, że otrzymuje dziesiątki wulgarnych wiadomości i gróźb. Żadna z nich nie zakończyła się skazaniem sprawców. Prokuratura konsekwentnie umarza śledztwa, argumentując, że „nie ma interesu społecznego” w ściganiu takich czynów.
Przypadek Adama C. z Limanowej pokazuje skalę hipokryzji. Mężczyzna trafił na sześć miesięcy do bezwzględnego więzienia za komentarze w internecie skierowane wobec policjantów. Nie wypowiadał się w telewizji publicznej, nie miał dostępu do milionów widzów, nie reprezentował żadnej opcji politycznej. Był zwykłym obywatelem, który napisał coś na Facebooku. Sąd uznał, że przekroczył granice wolności słowa. Frasyniuk w programie telewizyjnym o zasięgu ogólnopolskim nazwał żołnierzy „śmieciami” i „watahą psów” – sąd uznał, że mieści się w granicach „ważnej debaty publicznej”.
Różnica między Frasyniukiem a Kowalskim nie leży w treści wypowiedzi. Leży w nazwisku, statusie społecznym i dostępie do wpływowych prawników. Polski wymiar sprawiedliwości od lat tworzy dwie kategorie obywateli: tych, których wolność słowa jest świętością i tych, dla których każde nieodpowiedzialnie wypowiedziane słowo może kosztować więzienie lub olbrzymią grzywnę. Pierwsza grupa występuje w telewizji, ma tytuły „działacza opozycji demokratycznej” i mecenasów, którzy potrafią przekonać sąd do każdej swojej tezy. Druga grupa siedzi przed komputerami i czasem w chwili większego wzburzenia czy też po alkoholu napisze głupoty na Facebooku przez co ląduje w więzieniu z pustym kontem bankowym. Ot taka polska sprawiedliwość.
