We wtorek 20 stycznia przed szóstą rano pod Dolnośląski Urząd Wojewódzki we Wrocławiu zajechały ciągniki z transparentami „STOP UMOWIE MERCOSUR”. Kilkadziesiąt maszyn zablokowało parking przy placu Powstańców Śląskich, a rolnicy z odblaskowymi kamizelkami i polskimi flagami przygotowali się do wielogodzinnej akcji protestacyjnej. To nie był przypadkowy wybór daty – w tym samym czasie setki europejskich farmerów blokowały Strasburg, gdzie obraduje Parlament Europejski. Wrocławska manifestacja, zorganizowana przez NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych – Dolnośląską Radę Wojewódzką, miała być głosem solidarności z europejskimi kolegami po fachu, ale przede wszystkim wyrazem desperacji polskich gospodarstw rodzinnych, które stoją w obliczu planowanego otwarcia rynku UE na żywność z Ameryki Południowej produkowaną według całkowicie innych standardów.
Sebastian Sztandar, przedstawiciel protestujących, zapewnił przed kamerami, że manifestacja będzie całkowicie pokojowa. „Nie ma mowy o blokowaniu ruchu. Chcemy w ten sposób wyrazić naszą solidarność z rolnikami, którzy pojechali protestować do Strasburga. Mamy nadzieję, że jeszcze uda się odkręcić tę umowę” – przekazał dziennikarzom. Po kilku godzinach postoju na parkingu protestujący przemieścili się chodnikami pod Biuro Parlamentu Europejskiego przy ulicy Widok 10, gdzie złożyli petycję z żądaniem jednoznacznego wyjaśnienia od Komisji Europejskiej, jak unijne instytucje zamierzają zapewnić uczciwą konkurencję dla europejskich rolników w obliczu umowy Mercosur.
Fala protestów – od grudnia do stycznia rolnicza Polska nie milknie
Protest we Wrocławiu to kolejny punkt na mapie rolniczego buntu, który przetacza się przez Polskę od końca 2024 roku. Manifestacje nabierają coraz większego rozmachu, a ich intensywność pokazuje skalę frustracji środowiska. 3 grudnia w ponad 20 lokalizacjach w całym kraju pojawiły się ciągniki – w Elblągu, Pruszczu Gdańskim, Białymstoku, Włocławku, Tarnogrodzie. Rolnicy blokowali drogi krajowe, wiadukty i skrzyżowania, wyrażając sprzeciw wobec umowy z Mercosurem i dalszych prac nad ustawą łańcuchową. Akcja miała charakter ostrzegawczy, ale organizatorzy jasno dawali do zrozumienia: jeśli rząd nie podejmie realnych działań, to dopiero początek.
30 grudnia 2025 roku ogólnopolski protest osiągnął jeszcze większy zasięg. Oddolny Ogólnopolski Protest Rolników zorganizował akcję w blisko 50 lokalizacjach – od Pomorza po Podkarpacie. Ciągniki z banerami „STOP Mercosur” i „W obronie polskiej wsi” stanęły przy trasach o dużym natężeniu ruchu. Manifestacje trwały od godziny 10:00 do 15:00, a organizatorzy podkreślali, że nie chodzi o blokowanie dróg, lecz o pokazanie jedności środowiska. „Musimy walczyć, bo to wszystko wygląda jak zaplanowana gra na wyniszczenie europejskich rolników” – alarmowali przedstawiciele protestu.
9 stycznia 2026 roku w Warszawie doszło do największej próby sił. Setki ciągników ruszyły w kierunku stolicy, ale policja zablokowała im wjazd do centrum. Rolnicy próbowali przemieścić się pod Sejm, lecz zostali zatrzymani na obrzeżach miasta. Mimo to udało im się przeprowadzić manifestację, podczas której złożyli ultimatum: 14 dni na podjęcie przez Sejm inicjatywy uchwałodawczej wzywającej rząd do zaskarżenia umowy Mercosur do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. W całej Polsce blokowano węzły autostradowe, drogi ekspresowe i krajowe – od węzła Piątek na A1, przez DK11 między Jarocinem a Środą Wielkopolską, po drogę S3 na węźle Pyrzyce. W Krakowie, Zielonej Górze i Piotrkowie Trybunalskim pojawiło się po kilkadziesiąt ciągników.
Oddolny Ogólnopolski Protest Rolników wyraźnie odcinał się od jakiejkolwiek politycznej instrumentalizacji. „To jest krzyk oddolny ludzi, którzy zostali pominięci, pozostawieni bez opieki i bez realnej reprezentacji. Uczestnicy protestu stanowczo podkreślają, że nie życzą sobie obecności polityków” – czytamy w komunikacie organizatorów. Ta niezależność była celowa – rolnicy nie chcieli, by ktokolwiek wykorzystywał ich protest do budowania kapitału politycznego przed zbliżającymi się wyborami.
Strasburg i Wrocław w jednym dniu – europejskie rolnictwo woła o pomoc
Kiedy wrocławscy rolnicy zajmowali miejsca pod Dolnośląskim Urzędem Wojewódzkim, ich koledzy z Francji, Włoch i innych krajów UE blokowali centrum Strasburga. Organizatorem protestu była francuska FNSEA, największy związek rolniczy w Europie, który otrzymał pełne poparcie Copa-Cogeca – organizacji reprezentującej rolników i spółdzielnie rolnicze z całej Unii Europejskiej. To był jasny sygnał: sprzeciw wobec umowy Mercosur przekracza granice państwowe i jednoczy europejskie rolnictwo bez względu na narodowość.
Protestujący w Strasburgu domagali się trzech rzeczy. Po pierwsze, zapewnienia finansowania Wspólnej Polityki Rolnej po 2027 roku na poziomie pozwalającym na przetrwanie gospodarstw rodzinnych. Po drugie, uproszczenia i zmniejszenia obciążeń administracyjnych związanych z Zielonym Ładem. Po trzecie wreszcie, konkretnych decyzji w sprawie polityki handlowej UE – szczególnie wobec umowy z Mercosurem. Copa-Cogeca wprost wskazała, że wcześniejsze spotkania z przedstawicielami instytucji unijnych nie przyniosły żadnych realnych rezultatów. „Instytucje europejskie milczą, kiedy potrzebujemy działań. Dlatego mobilizacja będzie kontynuowana do czasu uzyskania konkretnych odpowiedzi” – zapowiedziała organizacja.
Francuzi szczególnie głośno protestowali przeciwko umowie. Już w połowie grudnia przez Brukselę przetaczały się manifestacje z udziałem rolników z Polski, Włoch i Francji. Blokowano drogi dojazdowe do Parlamentu Europejskiego, a rolnicy z transparentami „Mercosur = śmierć europejskiego rolnictwa” domagali się wstrzymania negocjacji. Umowa miała być podpisana w grudniu 2025 roku, ale ze względu na protesty termin został przesunięty na styczeń 2026. To nie zatrzymało fali sprzeciwu – wręcz przeciwnie, europejscy rolnicy uznali, że mają jeszcze szansę na zablokowanie porozumienia.
Równolegle trwały negocjacje dotyczące klauzul ochronnych. W poniedziałek 6 stycznia unijni ambasadorzy zdecydowali, że decyzja w sprawie mechanizmów zabezpieczających europejskie rolnictwo zostanie przełożona na styczeń. To spowodowało kolejną falę frustracji wśród rolników, którzy uznali, że instytucje unijne grają na zwłokę, licząc, że protesty sama się wyciszą.
Mercosur – umowa, która dzieli Europę i budzi strach polskich gospodarzy
Mercosur to Wspólny Rynek Południa – międzynarodowa organizacja gospodarcza powołana w 1991 roku na mocy traktatu podpisanego w Asunción, stolicy Paragwaju. W jej skład wchodzą Argentyna, Brazylia, Paragwaj, Urugwaj oraz Boliwia. Umowa handlowa UE-Mercosur, negocjowana od końca lat 90. XX wieku, to największe porozumienie handlowe, jakie Unia Europejska kiedykolwiek zawarła poza Starym Kontynentem. Zakłada stopniowe znoszenie ceł na 91 procent towarów w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Dla europejskiego przemysłu – motoryzacji, chemii, farmaceutyki, producentów maszyn – to szansa na otwarcie rynku liczącego ponad 300 milionów konsumentów. Dla rolnictwa to groźba katastrofy.
Komisja Europejska wynegocjowała preferencyjne kontyngenty importowe dla produktów rolnych z Mercosuru. Brzmi niewinnie: 99 tysięcy ton wołowiny, 180 tysięcy ton drobiu, 25 tysięcy ton wieprzowiny rocznie. W przeliczeniu na całą produkcję unijną to zaledwie 1,5 procent w przypadku wołowiny, 1,3 procent dla drobiu, 0,1 procent dla wieprzowiny. Problem w tym, że diabeł tkwi w szczegółach. Polska jest największym producentem drobiu w Unii Europejskiej, a kontyngent 180 tysięcy ton to aż 17 procent polskiego eksportu drobiu do krajów UE. Oznacza to bezpośrednie zagrożenie dla setek gospodarstw specjalizujących się w hodowli kurczaków i indyków.
Jeszcze bardziej niepokoją różnice w kosztach produkcji. Argentyńska wołowina jest o 20-40 procent tańsza od europejskiej, drób z Brazylii kosztuje o 15-30 procent mniej niż polski. To nie kwestia większej efektywności południowoamerykańskich farm – to efekt kompletnie innych warunków prawnych i norm produkcji. Kraje Mercosuru zużywają średnio 3,5 raza więcej chemicznych środków ochrony roślin w przeliczeniu na hektar niż średnia w UE. Brazylia, dysponująca zaledwie 4 procentami światowych gruntów rolnych, odpowiada za 20 procent globalnego zużycia pestycydów. W Argentynie i Brazylii dopuszczone są substancje zawierające atrazinę, paraquat czy neonikotypidy – pestycydy, które w Unii Europejskiej zostały zakazane ze względu na wpływ na zdrowie ludzi i środowisko.
Izba Rolnicza w Opolu wylicza, że różnica w dozwolonym zużyciu substancji aktywnych jest druzgocąca. W Polsce rolnik może stosować maksymalnie 2 kilogramy substancji aktywnych na hektar, w krajach Mercosuru limit wynosi 12 kilogramów na hektar. Wiceprezes Izby wprost mówi: „To nie jest uczciwa konkurencja. To jest dumping regulacyjny – my przestrzegamy rygorystycznych norm Zielonego Ładu, a oni produkują po kosztach, które dla nas są nielegalne”. Normy dotyczące dobrostanu zwierząt również różnią się diametralnie. Europejskie przepisy nakazują określoną przestrzeń dla każdego zwierzęcia, zakaz stosowania hormonów wzrostu, ograniczenia w stosowaniu antybiotyków. W Ameryce Południowej takich regulacji praktycznie nie ma.
Dla polskich hodowców bydła wołowiny kontyngent 99 tysięcy ton brzmi niewielko, ale grozi efektem domina. Tańsza argentyńska wołowina „nasyci” najbardziej lukratywne rynki we Włoszech i Niemczech, wypychając z nich polskich producentów. To zmusi polskie gospodarstwa do sprzedaży na mniej rentownych rynkach lub do obniżenia cen poniżej opłacalności. W sytuacji, gdy ceny skupu już teraz są na granicy rentowności, każde dodatkowe obniżenie może oznaczać bankructwo.
„Boimy się utraty bezpieczeństwa żywnościowego” – głos protestujących
Rolnicy stawiają rządowi ultimatum: czternaście dni na podjęcie przez Sejm inicjatywy uchwałodawczej wzywającej rząd do zaskarżenia umowy Mercosur do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz wystąpienia o środki tymczasowe wstrzymujące wejście umowy w życie. To nie są puste groźby – organizatorzy protestów wprost mówią, że jeśli Sejm nie podejmie działań, mobilizacja będzie eskalowana. „Polski rolnik, europejski rolnik w żaden sposób nie jest chroniony przed umową Unia Europejska Mercosur. Dlatego ponownie spotykamy się na drogach, aby zobligować Polski Sejm” – przekazali przedstawiciele Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników.
Obawy rolników dotyczą nie tylko konkurencji cenowej, ale przede wszystkim utraty bezpieczeństwa żywnościowego. Polskie gospodarstwa rodzinne – często prowadzone przez dwa, trzy pokolenia – stoją przed perspektywą bankructwa. Spadek rentowności produkcji rolnej w Polsce trwa od kilku lat, a niskie ceny skupu zboża, rzepaku i mleka stawiają większość gospodarstw „pod kreską” finansową. Umowa z Mercosurem może być ciosem, którego sektor nie przeżyje. Analitycy szacują, że polskie rolnictwo może stracić rocznie od 0,5 do 1,06 miliarda euro, a zagrożonych może być od 33 do 64,5 tysiąca miejsc pracy.
Import z krajów Mercosuru przewyższa obecnie eksport z Polski do tych krajów w proporcji 20 do 1. Oznacza to, że Polska niewiele zyska na otwarciu południowoamerykańskiego rynku dla swoich produktów, natomiast straci na napływie tanich towarów. Wiceprezes Izby Rolniczej w Opolu podsumowuje: „Napływ żywności produkowanej według niższych standardów to nie tylko problem ekonomiczny. To problem zdrowotny dla konsumentów i problem etyczny dla rolników, którzy przez lata inwestowali w spełnianie rygorystycznych norm unijnych”.
Koordynator protestu pod Urzędem Wojewódzkim dodaje: „Nie możemy zgodzić się na sytuację, w której my przestrzegamy Zielonego Ładu, inwestujemy w ochronę środowiska, w dobrostan zwierząt, a potem przegrywamy konkurencję z kimś, kto tego wszystkiego nie robi. To nie jest wolny handel – to nieuczciwość na skalę kontynentu”.
Klauzule ochronne nie uspokajają – rolnicy chcą równej konkurencji, nie dopłat
9 stycznia państwa Unii Europejskiej zatwierdziły klauzulę ochronną do umowy z Mercosurem. Mechanizm będzie uruchamiany automatycznie, gdy ceny produktów wrażliwych w Unii spadną o 5 procent w porównaniu z średnią z poprzednich lat. Pierwotnie próg miał wynosić 8 procent, ale pod naciskiem Polski i Francji udało się go obniżyć. Minister rolnictwa Stefan Krajewski przekonywał, że to sukces negocjacyjny: „Wprowadziliśmy mechanizmy bezpieczeństwa, które będą chroniły naszych rolników przed nagłymi zaburzeniami rynku”. Klauzula ma działać również prewencyjnie – jeśli import gwałtownie wzrośnie, można będzie ograniczyć lub czasowo wyłączyć import określonych produktów.
Dla rolników to za mało. Łukasz Smolarczyk, wiceprezes NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych, mówi wprost: „Klauzule ochronne to polityczna łatka na ogromną dziurę. My nie chcemy dopłat, nie chcę klauzul uruchamianych po fakcie, kiedy rynek już się zawali. Chcemy uczciwej konkurencji – albo wszyscy produkują według tych samych norm, albo nie ma umowy”.
Polskie stanowisko wobec umowy Mercosur było od początku jednoznaczne: sprzeciw. Rząd przyjął stanowisko, że Polska nie zgadza się na dopuszczenie na unijny rynek produktów spożywczych z państw Mercosur w obecnej formie. Podczas głosowania 9 stycznia przeciwko umowie zagłosowały: Polska, Francja, Irlandia, Węgry i Austria. Belgia wstrzymała się od głosu. To jednak było za mało, aby zablokować porozumienie – do utworzenia mniejszości blokującej potrzebne było co najmniej cztery państwa reprezentujące 35 procent ludności UE. Francja i Polska razem stanowią około 15 procent populacji Unii, więc zabrakło kluczowych sojuszników, takich jak Włochy czy Hiszpania.
Minister Krajewski zapowiedział, że Polska złoży skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. „Dzisiejsze głosowanie ws umowy UE-Mercosur nie kończy sprawy. Wzmocnione klauzule ochronne zostały zatwierdzone, ale to nie jest nasz główny cel. Jeśli umowa zostanie ostatecznie podpisana, jako Polska złożymy skargę do TSUE, co jednocześnie zablokuje umowę” – poinformował minister. Problem w tym, że proces przed TSUE może trwać latami, a tymczasem umowa wejdzie w życie i zacznie wywoływać skutki rynkowe.
Rolnicy nie wierzą w skuteczność klauzul ochronnych, bo widzieli już podobne mechanizmy w praktyce. Automatyczny mechanizm ochronny dla importu z Ukrainy miał chronić polski rynek zbożowy, a tymczasem od 2022 roku ceny skupu pszenicy i kukurydzy spadły o ponad 30 procent, a klauzula została uruchomiona dopiero wtedy, gdy tysiące gospodarstw już ledwo wiązało koniec z końcem. „Historia się powtarza. Najpierw mówimy, że są zabezpieczenia, potem okazuje się, że są za słabe, za późne, za mało egzekwowane. A my płacimy cenę” – podsumowuje jeden z protestujących rolników.
Hipokryzja Zielonego Ładu? Żywność przebędzie dziesięć tysięcy kilometrów w imię zrównoważonego rozwoju
Europejski Zielony Ład zakłada redukcję emisji gazów cieplarnianych w transporcie o 90 procent do 2050 roku. W rolnictwie przewidziano zmniejszenie zużycia pestycydów o 50 procent do 2030 roku, ograniczenie emisji azotu i metanu, oraz obowiązek ugorowania 4 procent gruntów w dużych gospodarstwach. Rolnicy przez lata słyszeli, że muszą ograniczać ślad węglowy, inwestować w odnawialne źródła energii, zmniejszać emisje z transportu nawozów i płodów rolnych. Tymczasem umowa Mercosur przewiduje import dziesiątek tysięcy ton żywności z drugiego końca świata – z Brazylii, Argentyny, Urugwaju i Paragwaju.
Transport morski tonę żywności z Buenos Aires do Rotterdamu generuje około 0,2 tony CO2. Kontyngent 99 tysięcy ton wołowiny oznacza emisję rzędu 20 tysięcy ton dwutlenku węgla tylko z transportu – nie licząc emisji z produkcji, przetwórstwa i dystrybucji wewnątrz Europy. Dla porównania, transport wołowiny z Polski do Niemiec ciężarówką generuje około 0,05 tony CO2 na tonę towaru – cztery razy mniej. W dodatku brazylijskie farmy bydła często powstają na terenach, gdzie jeszcze dekadę temu rosły lasy amazońskie. Pomimo zapewnień Komisji Europejskiej, że „od końca 2025 roku na rynek UE będą dopuszczane wyłącznie produkty niepowodujące wylesiania”, kontrola tego mechanizmu będzie niezwykle trudna.
Brazylia, która dysponuje zaledwie 4 procentami gruntów rolnych na świecie, odpowiada za 20 procent globalnego zużycia pestycydów. To efekt intensywnej produkcji soi, kukurydzy i bydła na eksport, prowadzonej z wykorzystaniem substancji chemicznych zakazanych w Europie. Dyrektywa antywylesieniowa (EUDR), która miała chronić lasy przed wycinką pod plantacje, została rozmiękczona pod naciskiem krajów Mercosuru. Brazylijczycy przekonywali, że unijne regulacje to „arbitralny, protekcjonistyczny zakaz”, niezgodny z zasadami Światowej Organizacji Handlu. W efekcie wprowadzono szereg wyłączeń i uproszczeń, które według organizacji ekologicznych, takich jak WWF, uczyniły dyrektywę praktycznie nieegzekwowalną.
Kontrast jest rażący. Polski rolnik musi przestrzegać limitu 2 kilogramów substancji aktywnych na hektar, inwestować w nowoczesne systemy nawadniania i oczyszczania ścieków, dokumentować każdy gram nawozu i każdą dawkę środka ochrony roślin. Tymczasem jego argentyński konkurent może stosować 12 kilogramów pestycydów na hektar, wycinać lasy pod pastwiska i transportować wołowinę przez pół świata – a wszystko to w ramach „zrównoważonego rozwoju” i „wolnego handlu”. Jak to ujął jeden z ekspertów: „Unia Europejska przenosi szkody ekologiczne na inne części świata. Przestrzegamy norm u siebie, ale importujemy produkty, których nigdy nie moglibyśmy wyprodukować według naszych własnych standardów. To outsourcing brudnej produkcji”.
Co zyskuje, a co traci Polska? Eksperci dzielą się na dwa obozy
Debata wokół umowy Mercosur podzieliła ekspertów. Z jednej strony znajdują się zwolennicy porozumienia, którzy wskazują na korzyści dla polskiego przemysłu. Komisja Europejska przygotowała opracowanie pokazujące, że całkowity handel Polski z Mercosur wynosi około 4 miliardy euro, a umowa ma znieść cła na 91 procent produktów. Wśród sektorów, które mogą zyskać, wymieniają maszyny i urządzenia elektryczne, gdzie wartość polskiego eksportu do Mercosuru w 2024 roku wyniosła 449 milionów euro przy obecnych cłach 14-20 procent. Chemikalia i farmaceutyki to kolejne 160 milionów euro eksportu przy cłach 14-18 procent. Pojawia się również transport, wyroby z gumy i tworzyw, aparatura optyczna i medyczna.
Polska jako silnie uprzemysłowiony kraj – przemysł odpowiada za 23 procent wartości dodanej, dokładnie tyle samo co w Niemczech – może rzeczywiście skorzystać na otwarciu południowoamerykańskiego rynku. Producenci części samochodowych, maszyn rolniczych czy wyrobów chemicznych zyskają dostęp do 300-milionowego rynku bez barier celnych. To argumenty, którymi posługują się politycy Koalicji Obywatelskiej i część ekspertów ekonomicznych.
Z drugiej strony stoją przeciwnicy umowy, którzy widzą w niej zagrożenie dla bezpieczeństwa żywnościowego i suwerenności rolniczej Polski. Adrianna Wrona, kierowniczka projektu Rolnictwo w Instytucie Zielonej Gospodarki, zwraca uwagę na systemowe problemy polskiego sektora rolnego. „Umowa z krajami Mercosur jest bardzo wielowymiarowa, ale nie mam poczucia, że rolnictwo zostało położone 'na ołtarzu’ niemieckiego przemysłu. Problem polega na tym, że nasze rolnictwo od lat boryka się z niską rentownością, fragmentacją gospodarstw i brakiem wsparcia w przechodzeniu na produkcję o wyższej wartości dodanej. Mercosur jest katalizatorem tych problemów, ale nie ich przyczyną” – twierdzi Wrona.
Profesor Zbigniew Karaczun z SGGW, specjalista sozolog i ekspert think tanku Żywność dla Przyszłości, przestrzega przed panicznym podejściem. „Kontyngenty są na tyle małe, że nie powinny zachwiać stabilnością rynku. Wołowina to 1,5 procent produkcji UE, wieprzowina 0,1 procent, drób 1,3 procent. Problem leży gdzie indziej – w geopolitycznym wymiarze umowy. Mercosur to dostęp do surowców krytycznych i metali ziem rzadkich, niezbędnych do produkcji baterii, turbin wiatrowych i elektroniki. Unia jest dziś uzależniona od Chin, więc próbuje dywersyfikować źródła dostaw” – analizuje Karaczun. W jego ocenie umowa Mercosur to przede wszystkim gra o uniezależnienie się od chińskich monopoli, a rolnictwo niestety znalazło się w przetargowej grze interesów.
Inny obraz rysuje analiza ekonomiczna przygotowana przez Łukasza Piotrowskiego, eksperta ds. handlu międzynarodowego. „Jeśli będziemy umieli wywalczyć odpowiednie zapisy, dostęp za pośrednictwem UE do nowych rynków w Ameryce Południowej stanie się multiplikatorem naszego rozwoju gospodarczego. Nie możemy jednak składać naszego rolnictwa na ołtarzu ratowania niemieckiego przemysłu. Dopływ towarów z Ameryki Południowej produkowanych po zupełnie innych kosztach grozi wypchnięciem naszego eksportu drobiu czy wołowiny z najbardziej marżowych zachodnioeuropejskich rynków. I to w sytuacji, gdy pod presją konkurencji z tanim zbożem z Ukrainy powinniśmy przesuwać się właśnie w stronę bardziej marżowej produkcji zwierzęcej” – przekonuje Piotrowski.
Społeczeństwo przeciwko umowie – 78 procent Polaków wyraża sprzeciw
Kolektyw analityczny Res Futura przeanalizował ponad 207 tysięcy wzmianek o Mercosur w polskich mediach społecznościowych w okresie od 8 grudnia 2025 roku do 8 stycznia 2026 roku. Wynik jest jednoznaczny: 78 procent komentarzy było wobec umowy krytycznych. Dominują obawy, że umowa doprowadzi do upadku polskich gospodarstw rodzinnych ze względu na napływ tańszej żywności z Ameryki Południowej. Internauci wskazują różnice w regulacjach i standardach produkcji żywności między UE a krajami Mercosuru – szczególnie dotyczących pestycydów, antybiotyków i dobrostanu zwierząt. Pojawiają się też oskarżenia, że umowa leży wyłącznie w interesie Niemiec, a polski rząd nie broni wystarczająco interesów kraju.
Sondaż Ibris z początku stycznia, wykonany na zleceniu branży mięsnej, pokazuje, że 63 procent Polaków obawia się żywności z krajów Mercosuru. Blisko 90 procent ankietowanych uważa, że żywność importowana z Ameryki Południowej powinna być produkowana według standardów europejskich. To praktycznie jednomyślność społeczna – wynik przekraczający podziały polityczne i społeczno-demograficzne, co jest rzadkością w polskiej przestrzeni publicznej. Umowa Mercosur stała się jednym z nielicznych tematów, który łączy niemal całą polską scenę polityczną w sprzeciwie.
