Sprawa nieprawidłowości w Instytucie Pileckiego przekroczyła granice Polski. Po raz pierwszy w historii polska instytucja publiczna zwróciła się do zagranicznych urzędów o wsparcie w zwolnieniu dyscyplinarnym sygnalistki, która ujawniła wewnętrzne problemy. Dyrektor Krzysztof Ruchniewicz, kontrowersyjny historyk z Wrocławia, oficjalnie poprosił niemieckie władze o opinię w sprawie dyscyplinarnego zwolnienia Hanny Radziejowskiej – byłej kierowniczki berlińskiego oddziału Instytutu. To bezprecedensowa eskalacja konfliktu, który zaczął się od poufnych listów do minister kultury Marty Cienkowskiej. Konsekwencje ujawnienia tożsamości dla Radziejowskiej są dramatyczne: od utraty stanowiska kierowniczego po planowane całkowite wydalenie z pracy. Minister kultury Marta Cienkowska wypiera się odpowiedzialności i jednocześnie odmawia zdymisjonowania Ruchniewicza.
Ruchniewicz angażuje niemieckie urzędy w sprawę sygnalistki
Wirtualna Polska dotarła do dokumentów potwierdzających, że Instytut Pileckiego zwrócił się do berlińskiego Landesamt für Gesundheit und Soziales (Urząd Krajowy ds. Zdrowia i Spraw Społecznych) z prośbą o opinię prawną. Celem jest uzyskanie wsparcia w dyscyplinarnym zwolnieniu Hanny Radziejowskiej, która poinformowała polskich ministrów kultury o nieprawidłowościach w instytucji.
W piśmie skierowanym do niemieckich urzędników dyrektor Ruchniewicz wprost przyznaje motywy planowanego zwolnienia. „Zwolnienie następuje z ważnego powodu, ponieważ pracownica Radziejowska bezprawnie i bez zachowania w poufności oraz bez uprzedniej wewnętrznej dyskusji przekazała osobom trzecim poufne informacje wewnętrzne przedsiębiorstwa” – czytamy w dokumencie sporządzonym w języku niemieckim. Ruchniewicz oskarża swoją podwładną o „zarzucanie mu ogólnych naruszeń prawa„.
Reakcja niemieckich źródeł dyplomatycznych jest jednak chłodna. Jak usłyszeliśmy od przedstawicieli zbliżonych do niemieckich służb, Niemcy nie zamierzają ani pomagać dyrektorowi Instytutu w represjach, ani im przeszkadzać. „To wewnętrzna sprawa Polski. A od oceny zasadności zwolnienia z pracy u nas są sądy, a nie politycy” – podkreślają niemieckie źródła.
Minister Cienkowska zdradziła sygnalistkę – dokumenty nie kłamią
Kluczowy dowód w sprawie stanowi pismo Instytutu Pileckiego do niemieckich władz, w którym Ruchniewicz jednoznacznie potwierdza otrzymanie poufnej korespondencji od ministerstwa. „O piśmie pracownicy Radziejowskiej wraz z załącznikami poinformował dyrektora Ruchniewicza w wiadomości e-mail z dnia 05.08.2025 r. pan Piotr Rypson” – zapisano w dokumencie. Rypson pełni funkcję dyrektora Departamentu Dziedzictwa Kulturowego w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
To rażące naruszenie zasad ochrony sygnalistów. Radziejowska wyraźnie zaznaczyła w korespondencji do minister Cienkowskiej, że prowadzona jest ona w poufności oraz przy zastosowaniu ochrony prawnej dla sygnalistów. Mimo tego ostrzeżenia, ministerstwo przekazało poufny list bezpośrednio osobie, której dotyczyły zarzuty.
Chronologia wydarzeń nie pozostawia wątpliwości co do przyczynowo-skutkowego związku. W kwietniu 2025 roku Radziejowska otrzymała status sygnalistki od ministerstwa. W sierpniu dyrektor Rypson przekazał jej poufną korespondencję Ruchniewiczowi. Efekt był natychmiastowy – Radziejowska straciła stanowisko kierownicze, a teraz ma zostać całkowicie zwolniona z pracy.
Ministerstwo kręci w sprawie statusu sygnalistki
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego znalazło się w defensywie po ujawnieniu przez Wirtualną Polskę faktów dotyczących ochrony Radziejowskiej. Początkowo resort całkowicie zaprzeczał, że kiedykolwiek przyznał jej status sygnalistki. Dopiero po przedstawieniu konkretnego dowodu – e-maila z 3 kwietnia 2025 roku – ministerstwo zmieniło wersję wydarzeń.
W tym kluczowym mailu Konrad Rodziewicz, pracownik Departamentu Dziedzictwa Kulturowego, oficjalnie poinformował Hannę Radziejowską o przyznaniu jej statusu sygnalistki. W kopii wiadomości znajdowała się naczelniczka wydziału należącego do tego departamentu. To jednoznaczny dowód na to, że decyzja była sformalizowana i miała pokrycie w strukturach ministerstwa.
Gdy dowody stały się niepodważalne, resort uciekł się do tłumaczenia o „pomyłce”. Ministerstwo twierdzi teraz, że Rodziewicz „nie ma uprawnień do decydowania o przyznaniu statusu sygnalisty”, a „jego mail nie jest dowodem przyznania tego statusu”. Dodatkowo resort zapowiedział „procedurę wyjaśniającą” wobec urzędnika, który – według nowej wersji – przekroczył swoje kompetencje.
Niemcy nie chcą mieszać się w polskie represje
Sprawa Radziejowskiej komplikuje się przez podwójny porządek prawny. Z jednej strony jest ona pracownikiem polskiego Instytutu Pileckiego, z drugiej – wykonywała obowiązki w Berlinie, gdzie obowiązuje niemieckie prawo pracy. Ruchniewicz najwyraźniej liczy na to, że niemiecka opinia prawna ułatwi mu pozbycie się niewygodnej podwładnej.
Niemieckie źródła dyplomatyczne wyraźnie dystansują się jednak od tej strategii. Jak słyszymy z kręgów zbliżonych do niemieckich służb, władze w Berlinie nie zamierzają wspierać polskich represji wobec sygnalistki. Niemcy uznają sprawę za wewnętrzną kwestię Polski i nie chcą brać odpowiedzialności za konsekwencje zawodowe polskich urzędników.
Ta postawa niemieckich partnerów może okazać się problemem dla Ruchniewicza. Bez pozytywnej opinii z Berlina, dyscyplinarne zwolnienie Radziejowskiej może zostać skutecznie zakwestionowane w niemieckich sądach pracy. Instytut Pileckiego znalazł się w sytuacji, w której jego działania są kontrolowane przez zagraniczny wymiar sprawiedliwości.
Milczenie Cienkowskiej i eskalacja konfliktu
Minister kultury Marta Cienkowska konsekwentnie unika komentowania swojej roli w aferze. Od chwili ujawnienia informacji o przekazaniu poufnej korespondencji sygnalistki, szefowa resortu milczy na ten temat. Jedyną reakcją było lakoniczne stwierdzenie, że „za politykę kadrową w Instytucie Pileckiego odpowiada dyrektor Instytutu, a nie ona”.
To strategia zrzucania odpowiedzialności, która nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. To właśnie Cienkowska, za pośrednictwem swoich współpracowników w ministerstwie, naruszyła ochronę sygnalistki. To jej resort najpierw przyznał status ochronny Radziejowskiej, a potem złamał go, przekazując poufne informacje osobie, której dotyczyły zarzuty.
Międzynarodowy charakter sprawy dodatkowo kompromituje polskie władze. Fakt, że polski dyrektor instytucji publicznej musi prosić obce państwo o pomoc w zwolnieniu sygnalistki, rzuca cień na wiarygodność polskiego systemu ochrony prawnej. Dla wizerunku Polski jako partnera międzynarodowego, sprawa Radziejowskiej staje się coraz większym problemem.
Co zarzucała Radziejowska i dlaczego to ważne
Zarzuty, które Hanna Radziejowska skierowała przeciwko Ruchniewiczowi, dotykają fundamentalnych kwestii funkcjonowania polskich instytucji kultury. Była kierowniczka berlińskiego oddziału oskarżała swojego szefa o mobbing oraz działania na szkodę interesów polskiego państwa. Szczególnie kontrowersyjna była sprawa planowanego przez Ruchniewicza seminarium dotyczącego zwrotu dóbr kultury przez Polskę na rzecz Niemiec.
O planach dyrektora Radziejowska alarmowała nie tylko minister Cienkowską, ale także chargé d’affaires polskiej ambasady w Berlinie Jana Tombińskiego. To pokazuje skalę jej obaw o konsekwencje działań Ruchniewicza dla polskiej dyplomacji kulturalnej. Seminarium o zwrocie dóbr kultury w okresie napiętych stosunków polsko-niemieckich mogło zostać odebrane jako sygnał gotowości do ustępstw w spornych kwestiach historycznych.
Represje wobec Radziejowskiej wysyłają niepokojący sygnał wszystkim potencjalnym sygnalistom w polskich instytucjach publicznych. Jeśli nawet formalnie chroniona osoba może stracić pracę za ujawnienie nieprawidłowości, trudno oczekiwać, że inni urzędnicy będą mieli odwagę zgłaszać problemy. Sprawa Instytutu Pileckiego staje się precedensem, który może sparaliżować system ochrony sygnalistów w Polsce.
