3 marca pracodawcy szpitali powiatowych w całej Polsce wyszli przed siedzibę Ministerstwa Zdrowia z hasłem, które mówi samo za siebie: „Nie chcemy umierać na kolanach”. Za tym sformułowaniem kryją się twarde liczby, bo łączne zadłużenie placówek szpitalnictwa powiatowego sięga od 20 do 22 mld zł, a NFZ wciąż nie rozliczył się z nimi za świadczenia wykonane w 2025 roku. Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda deklaruje, że pieniądze popłyną w marcu i że rozumie emocje. Dyrektorzy szpitali nie zamierzają już czekać.
Szpitale powiatowe czekają na miliardy od NFZ. Co wywołało protest?
Fundusz przez lata rozliczał się ze szpitalami w systemie rocznym — ostateczne kwoty za poprzedni rok poznawano dopiero 20 lutego następnego roku. W 2025 roku ten mechanizm po raz kolejny uderzył w płynność finansową placówek, które wykonały świadczenia, ale nic za nie nie dostały. Minister Sobierańska-Grenda potwierdziła w audycji „Bez Uników” w radiowej Trójce, że z wyliczeń Ministerstwa Zdrowia wynika kwota 4 mld zł za świadczenia wykonane w 2025 r., a środki trafią do szpitali w marcu 2026 r.
Dla wielu placówek to jednak za późno. Szpitale powiatowe, które tworzą szkielet podstawowej opieki szpitalnej w mniejszych miejscowościach, od lat kumulują zadłużenie. Łączny dług sektora wzrósł do poziomu 20–22 mld zł, a bieżące opóźnienia w płatnościach od NFZ tylko pogłębiają ten stan. Protest przed ministerstwem był próbą wymuszenia systemowej zmiany, nie jednorazowej transzy.
Pięć postulatów, jedno ultimatum — czego żądają dyrektorzy szpitali?
Protestujący przedstawili skonkretyzowany pakiet żądań. Obok natychmiastowej zapłaty za świadczenia z 2025 r. — w tym procedury nielimitowane, czyli ratujące życie — domagają się wprowadzenia od 1 kwietnia miesięcznego systemu rozliczania tych usług z NFZ. Postulują też zagwarantowanie stałego finansowania podwyżek wynagrodzeń dla wszystkich pracowników podmiotów leczniczych bezpośrednio z budżetu państwa, a nie, jak to bywa dziś, z kontraktów z Funduszem.
Osobnym problemem są świadczenia nielimitowane, czyli procedury, których szpital nie może odmówić pacjentowi niezależnie od tego, czy wyczerpał już roczny kontrakt z NFZ. Należą do nich m.in. porody, zabiegi ratujące życie i leczenie onkologiczne. Szpital wykonuje je bez gwarancji zapłaty, licząc na późniejsze rozliczenie z Funduszem, które w praktyce może nastąpić dopiero po kilkunastu miesiącach. To właśnie te zaległości najbardziej drążą płynność finansową mniejszych placówek.
Wśród żądań znalazło się również urealnienie wyceny świadczeń medycznych oraz przywrócenie odrębnego finansowania podwyższonego standardu żywienia pacjentów, które wcześniej zostało włączone do ogólnej stawki kontraktowej. Dyrektorzy oczekują ponadto zwiększenia wartości kontraktów od 1 kwietnia dla tych szpitali, które w 2025 r. zrealizowały swoje limity w całości, a mimo to otrzymały od NFZ propozycje niższych kontraktów na 2026 r. — co środowisko uznaje za absurd.
Minister Sobierańska-Grenda: „Środki popłyną w marcu”. Co poza deklaracjami?
Szefowa resortu zdrowia zaznaczyła w tej samej audycji „Bez Uników” w radiowej Trójce, że część postulatów protestujących jest już realizowana. Wskazała na miliard złotych z Funduszu Medycznego, który ma trafić do szpitali poprzez konkurs opracowany przy udziale marszałków województw — wnioski mają zacząć napływać jeszcze w pierwszym półroczu 2026 r. Zapowiedziała też uruchomienie pożyczek z Banku Gospodarstwa Krajowego w ramach negocjacji trójstronnych z BGK i Ministerstwem Finansów.
NFZ przygotował tzw. poduszkę finansową — gwarancję 50-procentowej zapłaty dla szpitali, które zdecydują się na reorganizację lub przeprofilowanie działalności. Sobierańska-Grenda podkreśliła jednak, że miesięczny tryb rozliczania świadczeń nielimitowanych nie jest decyzją, którą ministerstwo może podjąć jednostronnie, bo zależy od kondycji finansowej NFZ i wymaga rozmów z zarządem Funduszu. Jak zaznaczyła, „nie ma systemu, który finansuje wszystko w nielimitowanych ilościach” — powiedziała minister.
Podwyżki w marcu czy w lipcu? Negocjacje płacowe przeniesione na 16 marca
Jednym z kluczowych postulatów protestu jest stałe finansowanie podwyżek z budżetu państwa. Tymczasem sama kwestia terminu kolejnej podwyżki pozostaje nierozstrzygnięta. Pierwotna obietnica zakładała lipiec, pojawiły się sygnały o możliwym przesunięciu na styczeń, ale rozmowy w tej sprawie zostały przeniesione na 16 marca 2026 r. Minister przyznała, że nie wie, jaki będzie ich wynik — „Zobaczymy, jak te nasze negocjacje się skończą” — zaznaczyła minister Sobierańska-Grenda.
System wynagrodzeń w ochronie zdrowia reguluje ustawa o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego, która corocznie waloryzuje płace w oparciu o przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej. GUS ogłosił, że w 2025 r. wyniosło ono 8 181,72 zł brutto — to właśnie od tej kwoty od 1 lipca 2026 r. naliczane będą nowe minimalne stawki dla całego sektora, obejmując blisko 700 tys. pracowników.
Ile zarabia lekarz, ile pielęgniarka — i kto zarabia 300 tys. zł miesięcznie?
Protesty szpitali wywołały szerszą dyskusję o wynagrodzeniach w służbie zdrowia — i o ich rozpiętości, która bywa trudna do wytłumaczenia. Od 1 lipca 2026 r. minimalne wynagrodzenie zasadnicze lekarza ze specjalizacją wyniesie 11 863,49 zł brutto, a lekarza bez specjalizacji — 9 736,25 zł brutto. Pielęgniarka z tytułem magistra i specjalizacją otrzyma co najmniej 10 554,42 zł brutto, a pielęgniarka bez specjalizacji — 8 345,35 zł brutto. To jednak stawki minimalne dla etatowców w sektorze publicznym.
Mediana wartości kontraktu lekarza specjalisty wynosi 24,6 tys. zł (dane AOTMiT z września 2024 r.), a 73 proc. lekarzy ze specjalizacją pracuje właśnie na kontraktach, a nie na umowach o pracę. Na drugim biegunie skali 1 proc. najwyższych kontraktów opiewa na 100–300 tys. zł miesięcznie; w samym wrześniu 2024 r. W roku 2025 liczba lekarzy zarabiających ponad 100 tys. zł miesięcznie w jeszcze wrosła.
Ta rozpiętość budzi emocje, bo finansowo odpowiadają za nią te same szpitale, które twierdzą, że nie mają czym płacić za bieżące funkcjonowanie. Porozumienie Rezydentów zbadało finanse 321 szpitali i ustaliło, że lekarze zatrudnieni na etatach stanowią średnio około 8 proc. całkowitego budżetu szpitali, a twierdzenie, że pensje medyków pochłaniają 80 proc. kosztów placówek, nie znajduje pokrycia w danych. Mimo to 45 proc. badanych szpitali odnotowało w 2024 r. deficyt budżetowy — łącznie na kwotę przekraczającą 1,5 mld zł.
Rekordowy budżet NFZ, a szpitale i tak toną w długach. Co jest nie tak z systemem?
Minister Sobierańska-Grenda sama wskazała na napięcie w finansach ochrony zdrowia. Jak zaznaczyła, jeszcze kilka lat temu łączny budżet szpitali, którymi zarządzała, wynosił 300 mln zł, a w 2024 r. te same placówki dysponowały już 1,2 mld zł. Mimo rekordowych nakładów szpitale powiatowe wciąż bankrutują, bo rosnące koszty wynagrodzeń, inflacja kosztów energii i materiałów medycznych oraz brak synchronizacji między wycenami świadczeń a rzeczywistymi kosztami ich wykonania konsekwentnie pochłaniają każdą kolejną podwyżkę budżetu NFZ.
Fundament reformy, którego oczekują protestujący, jest w zasadzie jeden: pieniądze wypłacane co miesiąc, a nie raz w roku po żmudnych rozliczeniach. Minister wskazała, że systemową rolę liderów mają do odegrania marszałkowie województw, i podkreśliła, że rząd chce ich w tym wspierać. Tymczasem rozmowy o podwyżkach, miesięcznych rozliczeniach i pożyczkach z BGK wciąż toczą się równolegle — a szpitale powiatowe czekają na twarde decyzje, nie kolejne zapowiedzi kolejnych spotkań.
