W sierpniu 2024 roku na lotnisku Wnukowo w Moskwie Władimir Putin ściskał dłoń mężczyźnie, który przez lata penetrował polskie środowisko medialne i polityczne, a zwłaszcza polskie dziennikarki z tzw. postępowych mediów. Paweł Aleksiejewicz Rubcow, oficer GRU, wrócił do Rosji jako bohater. Tego samego dnia analityk Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego z wieloletnim stażem, który go zdemaskował, obsługiwał już interesantów w powiatowym urzędzie pracy na wschodzie Polski za minimalne krajowe wynagrodzenie. Rubcow przez lata pisał teksty atakujące PiS i chodził po tych samych salonach co osoby dziś sprawujące władzę. Człowiek, który to ujawnił, okazał się dla obecnego rządu zagrożeniem większym niż sam rosyjski szpieg.
Polska oddała agenta GRU za nic — kulisy wymiany, która zaskoczyła prokuraturę i wzbogaciła Moskwę w tajemnice ABW
1 sierpnia 2024 roku na lotnisku w Ankarze doszło do największej od czasów zimnej wojny wymiany więźniów między Rosją a Zachodem. Operacja objęła 24 osoby dorosłe i dwoje dzieci, przebywające w aresztach w siedmiu krajach: USA, Niemczech, Polsce, Słowenii, Norwegii, Rosji i Białorusi. Do Rosji i Białorusi trafiło łącznie 10 osób, w tym Wadim Krasikow — skazany przez Niemcy za zlecone przez FSB zabójstwo byłego czeczeńskiego bojownika w Berlinie w 2019 roku. Spośród wszystkich krajów uczestniczących w operacji Polska jako jedyna nie odzyskała żadnego własnego obywatela.
Poprzedni rząd postawił warunek: Rubcow wychodzi wyłącznie w pakiecie z Andrzejem Poczobutem, polsko-białoruskim dziennikarzem skazanym przez Łukaszenkę na 8 lat więzienia, oraz z obywatelem rosyjskim posiadającym Kartę Polaka — skazanym na 12 lat łagru za współpracę z polskim wywiadem. Mariusz Kamiński, ówczesny minister koordynator służb specjalnych, potwierdził, że to właśnie on złożył tę ofertę Amerykanom podczas rozmów o planowanej wymianie. Rząd Donalda Tuska z obu warunków zrezygnował. Andrzej Poczobut pozostał w kolonii karnej. Radosław Sikorski, szef MSZ, odpowiedział dziennikarzom wymijająco, że zabiegi o uwolnienie więźniów politycznych toczą się „innym trybem”. Na kolejną wymianę obejmującą polskich obywateli Warszawa czeka do dziś.
Osobna katastrofa rozegrała się w wymiarze kontrwywiadowczym. Lubelski wydział Prokuratury Krajowej przygotowywał właśnie akt oskarżenia przeciwko Rubcowowi — latem 2024 roku miał trafić do Sądu Okręgowego w Lublinie. Decyzja polityczna o wydaniu Rubcowa zaskoczyła prokuraturę. Przed wyjazdem Rubcow skorzystał z uprawnienia wynikającego z art. 321 § 1 kodeksu postępowania karnego i przez dwa tygodnie, siedząc w siedzibie ABW, zapoznawał się z całością zebranego materiału dowodowego — w tym z aktami niejawnymi. Prokuratura tłumaczy, że nie mogła odmówić. Wysoko postawiony funkcjonariusz ABW cytowany przez „Rzeczpospolitą” ocenił, że Rubcow „wyjechał z kompletem wiedzy” i istnieje realne ryzyko, że przekazał ją mocodawcom w Moskwie — w tym dane osób, które go tropiły. Sąd Okręgowy w Warszawie zawiesił sprawę karną przeciwko Rubcowowi w marcu 2025 roku, rezygnując z listu gończego i aresztu. Rubcow, posiadający hiszpański paszport, może od tej chwili swobodnie poruszać się po całej strefie Schengen.
Tropił szpiega GRU w szeregach dziś rządzącej koalicji. Skończył za ladą powiatowego urzędu
Analityk kontrwywiadu ABW, który rozpracował sprawę Pawła Rubcowa, to doktor nauk o bezpieczeństwie, w trakcie habilitacji, ekspert od rosyjskiej dezinformacji ze znakomitą znajomością języka rosyjskiego. Opisywany jest jako specjalista najwyższej klasy, bo to właśnie dzięki jego analizom ustalono, że rzekomy baskijski dziennikarz Pablo Gonzalez jest w rzeczywistości oficerem rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU.
Po zmianie władzy w 2023 roku ten sam analityk został zmuszony do odejscia ze służby i trafił do powiatowego urzędu pracy. Nie w doradczej roli w administracji, nie do Ośrodka Studiów Wschodnich, nie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, lecz za ladę, za wynagrodzenie minimalne. Rocznie ze służb specjalnych, tj. ABW, CBA, Agencji Wywiadu, SKW i SWW, odchodzi kilkadziesiąt osób o wysokich kompetencjach i unikalnej wiedzy. W ciągu najbliższych 5–10 lat liczba ta może sięgnąć od kilkuset do nawet tysiąca funkcjonariuszy, a żaden mechanizm państwowy nie zapobiega ich odpływowi do podmiotów prywatnych lub zagranicznych. Niezapobiega również politycznym czystkom jak w opisywanym przypadku.
Agent Kremla jako ulubieniec „postępowego” salonu — co naprawdę robił Rubcow w Polsce
Paweł Rubcow przez ponad dwa lata funkcjonował w Polsce jako Pablo Gonzalez, czyli freelancer piszący dla baskijskich mediów, korespondent wojenny i krytyk rządu PiS. Mieszkał w Warszawie z Magdaleną Ch., polską dziennikarką, która współpracowała z „Tygodnikiem Powszechnym”, The Guardian i France 24. Przez ich wspólne mieszkanie przewijały się osoby ze świata mediów i polityki. Jak opisywał jeden z uczestników tych spotkań, Rubcow chodził na piwo z korespondentami, budował relacje, wzbudzał zaufanie i miał przez to dostęp do kręgów, do których żaden szpieg nie dostaje się sam.
Gdy w lutym 2022 roku ABW zatrzymała go w Przemyślu, a prokuratura kierowana przez ministra Ziobrę zaczęła budować sprawę o szpiegostwo zagrożone dożywociem, środowisko medialne zareagowało histeryczną ochroną swojego pupila. Organizacje dziennikarskie i aktywiści domagali się jego zwolnienia, rzetelnego procesu i poprawy warunków aresztowania. Interweniował hiszpański MSZ. Nawet Piotr Niemczyk, związany z Unią Wolności zastępca dyrektora Zarządu Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa w latach 1993–1994 , sugerował na łamach „Gazety Wyborczej”, że sprawa skończy się międzynarodową kompromitacją polskich służb.
Służby się jednak nie skompromitowały, bo w elektronice Rubcowa znaleziono dowody na szpiegostwo, w tym materiały dotyczące Żanny Niemcowej, córki zamordowanego rosyjskiego opozycjonisty. Tygodnik „Do Rzeczy” opisał w 2024 roku kolejny wątek: Rubcow miał dokumentować spotkania intymne z polskimi dziennikarkami, a kompromitujące nagrania, choć oryginały zabezpieczyły polskie służby, w postaci kopii trafiły do Moskwy. GRU wykorzystuje zwyczajowo tego rodzaju materiały jako instrument długoterminowego nacisku i szantażu.
Osobną sprawą pozostają kontakty Rubcowa w środowisku prawniczym i sędziowskim. W maju 2016 roku Waldemar Żurek, wówczas sędzia Sądu Okręgowego w Krakowie i członek Krajowej Rady Sądownictwa, przyznał w studiu radia TOK FM, że kiedy tylko pojawił się projekt ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, „miał momentalnie telefon z Hiszpanii, od ważnego dziennikarza.” Niedługo po tej rozmowie na baskijskim portalu naiz.eus ukazał się artykuł o polskiej demokracji zagrożonej przez PiS, podpisany przez Pabla Gonzaleza. Żurek, dziś minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska, stanowczo zaprzecza, jakoby rozmawiał z Rubcowem. OKO.press ustaliło, że w maju 2016 roku Żurek rozmawiał z Marią Sahuquillo, ówczesną korespondentką „El País”, a nie z Rubcowem. Politycy PiS złożyli jednak zawiadomienie do prokuratury, wskazując na zbieżność czasową między rozmową Żurka a publikacją Rubcowa. Prokuratura, nie potwierdziła dotąd żadnych dowodów kontaktu między Żurkiem a Rubcowem.
W sierpniu 2024 roku rząd Donalda Tuska wydał Rubcowa Rosji w ramach największej od czasów zimnej wojny wymiany więźniów. Polska nie odzyskała żadnego własnego obywatela. Prokuratura, zaskoczona decyzją polityczną, przygotowywała właśnie akt oskarżenia, który po wydaniu Rubcowa stał się bezprzedmiotowy. Co ciekawe przed wylotem Rubcow miał możliwość zapoznania się nawet z aktami sprawy zebranymi przez polskie służby w tym danymi osób, które go tropiły. Magdalena Ch. nadal odpowiada z wolnej stopy za pomocnictwo w szpiegostwie, a postępowanie prowadzone przez Prokuraturę Krajową jest „kontynuowane” chociaż niemrawo.
Kompromat — rosyjska broń starsza niż GRU, skuteczna jak nigdy
Materiały kompromitujące jako instrument wywiadowczy nie są wynalazkiem Putina. Sowieckie KGB stosowało tę metodę systematycznie już w latach 50., a jej założenie jest precyzyjne: szantażowana osoba nie musi być agentem. Wystarczy, że milczy, zmienia temat lub wstrzymuje publikację w kluczowym momencie. GRU i FSB tę doktrynę przejęły bez zmian i stosują ją do dziś.
Mechanizm działa według powtarzalnego schematu. Oficer wywiadu buduje relację z dziennikarzem, dyplomatą lub politykiem przez miesiące, niekiedy lata. Nagrania o charakterze audio, wideo lub fotograficznym powstają bez wiedzy ofiary i trafiają do Moskwy jako materiał do przyszłego wykorzystania. Sama egzekucja szantażu jest opcjonalna: samo posiadanie kompromatu wystarcza, by utrzymywać człowieka w stanie zależności. Holenderska służba wywiadowcza AIVD w swoich raportach konsekwentnie ostrzega, że rosyjskie służby gromadzą tego rodzaju materiały latami, uruchamiając je dopiero wtedy, gdy pojawia się konkretna potrzeba operacyjna.
Europa Zachodnia zna ten mechanizm z własnego doświadczenia. Operacja GRU opisana w 2023 roku przez brytyjskie centrum NCSC ujawniła, że rosyjski wywiad wojskowy przez co najmniej dwa lata systematycznie próbował pozyskiwać materiały kompromitujące wobec dziennikarzy i polityków w krajach NATO, wykorzystując do tego fałszywe tożsamości w mediach społecznościowych oraz spotkania organizowane pod przykrywką konferencji branżowych. Estońska służba kontrwywiadowcza KAPO w kolejnych raportach rocznych dokumentuje przypadki, w których osoby z dostępem do wrażliwych informacji były przez lata utrzymywane w stanie zależności od rosyjskiego wywiadu bez formalnego werbunku.
Polska, jako kraj frontowy NATO z aktywnym środowiskiem lewicowych dziennikarzy i rozbudowaną siecią aktywistów, jest dla GRU celem szczególnie atrakcyjnym. Rubcow spędził w Warszawie ponad dwa lata, budując sieć kontaktów w środowiskach, które dziś współtworzą narrację publiczną. Kompromaty zebrany w tym czasie, niezależnie od tego, które konkretnie materiały trafiły do Moskwy, pozostaje bronią o nieokreślonym terminie przydatności. Rosyjski wywiad nie spieszy się z jego użyciem i może czekać na właściwy moment przez lata.
Magdalena Chodownik — kobieta, która otworzyła Rubcowowi drzwi polskich salonów, a wchodziła do Sejmu już z zarzutami o szpiegostwo przez ponad dwa lata
Gdy ABW zatrzymała Rubcowa w lutym 2022 roku w jednym z przemyskich hoteli, nie był sam. Razem z nim do aresztu trafiła Magdalena Chodownik, nagradzana reporterka, fotografka i producentka multimedialna, współpracująca z The Guardian, France 24, New Eastern Europe i Tygodnikiem Powszechnym. W kieszeniach kurtki Rubcowa znaleziono paragony z Moskwy, na lodówce pary wisiał magnes z podobizną Putina. W marcu 2022 roku Chodownik usłyszała zarzut pomocnictwa w szpiegostwie na rzecz Rosji. Sąd odrzucił wniosek prokuratury o areszt — według osób znających kulisy śledztwa zarzuty były wówczas zbyt słabe, by uzasadnić izolację.
Chodownik wróciła do pracy. Przez kolejne dwa lata, z zarzutami o pomocnictwo w szpiegostwie ciążącymi nad nią od marca 2022 roku, posiadała czynne akredytacje do najważniejszych instytucji państwowych dzięki legitymacji dziennikarskiej wydawanej jej przez Press Club Polska. Kancelaria Sejmu otrzymała od ABW pisemne ostrzeżenie — pierwsze krótko po zatrzymaniu Rubcowa, drugie kilka miesięcy później, gdy Chodownik nadal aktywnie relacjonowała wydarzenia. Ministerstwo Obrony Narodowej zostało poinformowane osobno. Żadna z tych instytucji nie cofnęła jej akredytacji. Chodownik pojawiała się na posiedzeniach sejmowych, na konferencjach NATO i przygotowywała materiały o szpiegostwie — dla Euronews i innych tytułów zagranicznych. Kancelaria Sejmu wycofała zgodę dopiero w sierpniu 2024 roku, po publikacji serwisu Frontstory.pl. Marcin Lewicki, prezes Press Club Polska, odmówił odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób organizacja wydawała jej legitymację mimo trwającego śledztwa.
Odrębny wątek dotyczy możliwego zaangażowania Chodownik w działalność grupy „Wejście” — nieformalnej sieci, która w grudniu 2023 roku planowała i przeprowadziła nielegalne przejęcie mediów publicznych oraz Polskiej Agencji Prasowej. Skład grupy do dziś nie jest w pełni znany. Tomasz Marzec, były dziennikarz TVN24 i jeden z pierwszych pracowników, którzy zaangażowali się w działalność neo-TVP po jej przejęciu, a który odszedł stamtąd już w lutym 2024 roku, opublikował na platformie X wpis sugerujący zaangażowanie Chodownik w tę operację. Wpis usunął bez komentarza. Prokuratura Krajowa w Lublinie ostatnią publicznie potwierdzoną datą przedłużenia śledztwa dotyczącego Chodownik był sierpień 2025 roku; stan sprawy po tym terminie pozostaje nieujawniony — prokuratura odmawia podawania informacji o wykonywanych czynnościach.
Szpieg, który podbijał Warszawę — krąg kontaktów Rubcowa był szerszy, niż przyznaje środowisko dziennikarskie koalicji
Chodownik była najważniejszym punktem wejścia, ale nie jedynym. Cezary Gmyz, dziennikarz TV Republika i współautor tekstu o Rubcowie opublikowanego w październiku 2024 roku na łamach tygodnika „Do Rzeczy”, potwierdził w programie na antenie tej stacji, że krąg osób, na które Rubcow mógł zbierać kompromaty, jest „naprawdę szeroki” i wykracza daleko poza środowiska dziennikarskie. Gmyz wskazał na udokumentowane fotograficznie kontakty Rubcowa z działaczami KOD, w tym z osobą określaną jako „Kudłaty z KOD-u”. Sam zaznaczył, że w publikacji celowo nie wymienił nazwisk dziennikarek — bo lista potencjalnych ofiar tego mechanizmu jest zbyt długa, by ją ujawniać bez pełnej weryfikacji.
W październiku 2024 roku tygodnik „Do Rzeczy” ujawnił, że Rubcow dokumentował swoje intymne spotkania z polskimi dziennikarkami. Oryginały tych materiałów zostały zabezpieczone przez polskie służby podczas przeszukania warszawskiego mieszkania pary. Gmyz i współautor tekstu Piotr Gociek potwierdzili jednak, że kopie sex nagrań trafiły do Moskwy jeszcze przed zatrzymaniem Rubcowa. GRU dysponuje zatem potencjalnym instrumentem szantażu wobec co najmniej kilkunastu kobiet ze środowisk medialnych bliskich obecnej koalicji rządzącej — których tożsamości nikt publicznie nie ujawnił i z których żadna z nich tego nie potwierdziła. Pytanie, czy Moskwa kiedykolwiek skorzysta z tych materiałów i wobec kogo, pozostaje bez odpowiedzi. Czy dziennikarki te są jednak nadal wiarygodne i rzetelne?
Odrębna, dokładnie udokumentowana sieć kontaktów biegła przez Fundację im. Borysa Niemcowa z siedzibą w Niemczech. Rubcow pojawił się w otoczeniu Żanny Niemcowej, córki zamordowanego w 2015 roku rosyjskiego opozycjonisty, w 2016 roku podczas posiedzenia Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy — poprosił ją o wywiad dla baskijskiej gazety Gara. Przez kolejne trzy lata był regularnym uczestnikiem wydarzeń fundacji, a w 2018 i 2019 roku wykładał na letniej szkole dziennikarstwa organizowanej przez fundację w Pradze. W raportach wysyłanych do GRU szczegółowo opisywał uczestników tych szkół, ze szczególnym zainteresowaniem osobami z USA i Ukrainy; w jednym z dokumentów odnotował, że podejrzewa jednego z nich o pracę dla CIA. Przez kilka lat Rubcow i Niemcowa byli w związku — ona sama przyznała to w 2024 roku, dodając, że uważa tę relację za autentyczną. Dziennik „El Mundo”, powołując się na dziesiątki dokumentów z polskiego śledztwa, ustalił też, że Rubcow co najmniej dwukrotnie spotkał się z Aleksiejem Nawalnym i przekazał Moskwie dane klinik w Barcelonie i Lozannie, gdzie był leczony — w tym adres kliniki, w której Nawalny przechodził operację oka po ataku środkiem odkażającym. Nawalny zginął w kolonii karnej w lutym 2024 roku.
Rząd wyrzuca agentów za drzwi i traci ich z oczu na zawsze
Sprawa analityka, który zdemaskował Rubcowa, jest ekstremalnym przykładem zjawiska opisywanego przez raport Frontline Foundation jako systemowe zaniedbanie. Choć w tym wypadku wydaje się, że mamy do czynienia z czystką polityczną, bowiem ABW aresztowanie Rubcowa vel Pablo Gonzalesa skompromitowało wiele osób ze środowisk związanych z Platformą Obywatelską.
Jednakże typowy scenariusz odejścia ze służb specjalnych wygląda następująco: funkcjonariusz dostaje odprawę, pamiątkowy gadżet od szefa, przypomnienie o obowiązku zachowania tajemnicy i życzenia powodzenia. Potem zaczyna szukać pracy z CV, w którym widnieje jedynie informacja, że przez 20 lat „wykonywał zadania związane z bezpieczeństwem.”
Efekt jest łatwy do przewidzenia. Emerytowany oficer wywiadu z długim stażem pracy na Wschodzie usłyszał od rekruterki: „to na dyżurkę, jak w bezpieczeństwie pan robił.” Przyjął ofertę, ale jednocześnie założył konto na LinkedIn i wkrótce dostał propozycję z firmy doradczej zarejestrowanej na Cyprze, z kapitałem o nieustalonym pochodzeniu, za to z pensją trzykrotnie wyższą niż zarabiał w służbie. Zadanie: „usługi konsultingowe.” Frontline Foundation opisuje mechanizm takiej relacji, wskazując, że firma zaczyna od drobnych zadań i dużych pieniędzy, by stopniowo coraz głębiej korzystać z wiedzy byłego funkcjonariusza. Bez systemu wsparcia agent, który trafił w taką pułapkę, nie ma łatwej drogi wyjścia.
Państwo po odejściu funkcjonariusza traci z nim jakikolwiek kontakt, bo nie istnieje centralny rejestr byłych oficerów, nie ma obowiązku raportowania zatrudnienia ani listy podmiotów, w których praca jest zakazana. Zaniedbanie to narasta z każdym rokiem, a w ciągu 5–10 lat może dotyczyć łącznie ponad tysiąca osób z wiedzą operacyjną i dostępem do tajemnic państwowych.
Wiedza oficera ABW w rękach Moskwy — realne scenariusze zagrożeń
Frontline Foundation, podkreśla, że państwo zainwestowało w szkolenie funkcjonariuszy służb kwoty liczone w setkach milionów złotych, powierzyło im najważniejsze tajemnice i po ich odejściu nie jest w stanie czerpać żadnych korzyści z tej inwestycji. Raport Frontline Foundation idzie dalej: brak systemu kontroli po odejściu zwiększa prawdopodobieństwo, że były funkcjonariusz podejmie pracę w podmiocie kontrolowanym przez wrogie państwo, stanie się celem operacji werbunkowej lub wykorzysta swoją wiedzę w sposób sprzeczny z interesem Polski, świadomie lub nie.
Były funkcjonariusz CBA, który przez lata prowadził osobowe źródło informacji w zarządzie strategicznej spółki Skarbu Państwa, trafia na rynek pracy bez żadnego wsparcia i bez listy podmiotów, których powinien unikać. Były oficer kontrwywiadu ze znajomością metod i siatek agencyjnych na Wschodzie podejmuje pracę w firmie doradczej o niejasnej strukturze właścicielskiej. Jeden zdesperowany były oficer wywiadu może, w ciągu jednego dnia skompromitować agenturę ulokowaną na wschodzie lub zachodzie czy też zniszczyć strategiczną spółkę.
Wymiar psychologiczny tylko pogłębia ryzyko. Funkcjonariusz, który całe życie zawodowe spędził w środowisku wymagającym tajności, miał codzienny kontakt z zagrożeniami wywiadowczymi, przestępczością zorganizowaną i terroryzmem, a po odejściu ze służby nie cierpi na klasyczny PTSD, lecz zmaga się z innymi poważnymi zaburzeniami. Brakuje adrenaliny, brakuje struktury, brakuje sensu. Raport Frontline Foundation wymienia uzależnienia i przemoc domową jako realne konsekwencje tego kryzysu. Wybuchowa mieszanka desperacji i unikalnej wiedzy to dokładnie to, czego szukają wschodnie i zachodnie wywiady w swoich operacjach werbunkowych.
CIA, Mosad, MI6 wiedzą, gdzie są ich emeryci. Polska nie wie nic
W Stanach Zjednoczonych 19 spośród 20 ostatnich szefów i zastępców szefów CIA i NSA po odejściu ze służby trafiło do sektora prywatnego. Każdy z nich wie jednak, dokąd może pójść, a gdzie mu nie wolno, bo lista podmiotów dozwolonych i zakazanych jest elementem standardowego systemu rekonwersji. CIA, NSA i FBI korzystają z kilku nakładających się systemów wsparcia i kontroli, a państwo nigdy nie traci weteranów z pola widzenia.
Izrael wypracował model, w którym weterani służb zasilają całą gospodarkę. System Pegasus, czyli oprogramowanie szpiegowskie sprzedawane sojusznikom Izraela, stworzyli byli oficerowie wywiadu wojskowego Unit 8200. Izraelska Dolina Krzemowa wyrasta ze służb specjalnych, bo najlepsi oficerowie po odejściu zakładają startupy technologiczne i nadal pracują w obszarach, które znają, przy pełnej wiedzy i pośrednim wsparciu państwa. Prywatny zysk i publiczne bezpieczeństwo wzajemnie się tutaj finansują, co odróżnia Izrael od krajów, które tracą swoich weteranów bez żadnej kontroli.
W Wielkiej Brytanii opieka nad odchodzącymi funkcjonariuszami jest traktowana jako miękkie narzędzie kontrwywiadowcze. Raport Frontline Foundation, opisując brytyjskie podejście, podkreśla, że dobrze zaopiekowany były agent rzadziej decyduje się na ryzykowne działania i rzadziej próbuje monetyzować dawną wiedzę w sposób nieakceptowalny dla państwa. Polska nie ma żadnego odpowiednika tych rozwiązań, a każdy funkcjonariusz po odejściu ze służby znika z pola widzenia instytucji, która go wyszkoliła.
CORSS — 3–5 mln rocznie, które mogą uratować bezpieczeństwo państwa
Raport Frontline Foundation proponuje konkretne rozwiązanie: powołanie Centralnego Ośrodka Rekonwersji Służb Specjalnych, który przejąłby odpowiedzialność za doradztwo zawodowe, szkolenia, pośrednictwo pracy, wsparcie psychologiczne, budowanie sieci weteranów oraz współpracę z sektorem publicznym i prywatnym. Wzorem byłby Centralny Ośrodek Aktywizacji Zawodowej działający w Siłach Zbrojnych RP, który od lat zajmuje się żołnierzami odchodzącymi z wojska.
Koszt funkcjonowania CORSS szacuje sie na 3–5 milionów złotych rocznie, przy założeniu kilkudziesięciu do kilkuset odejść funkcjonariuszy rocznie. Dla porównania ośrodek MON dysponuje budżetem kilkunastu milionów złotych i obsługuje znacznie większą liczbę osób. Kluczowym elementem systemu byłby plan przejścia do cywila, uruchamiany na dwa lata przed odejściem ze służby i dający dostęp do szkoleń przekwalifikowujących, ofert zatrudnienia w administracji publicznej, a także mechanizm weryfikacji ofert komercyjnych, tak by funkcjonariusz, który dostaje lukratywną propozycję z raju podatkowego, nie musiał brać jej w ciemno przycisnięty brakiem środków do życia.
Raport wskazuje też konkretne miejsca, gdzie wiedza byłych funkcjonariuszy mogłaby być racjonalnie zagospodarowana: Ośrodek Studiów Wschodnich, Ministerstwo Spraw Zagranicznych w roli doradców, strategiczne spółki Skarbu Państwa, nie jako polityczny desant po każdych wyborach, lecz jako trwały zasób kompetencji na rzecz bezpieczeństwa narodowego. Uzupełnieniem byłby centralny rejestr byłych funkcjonariuszy zajmujących stanowiska krytyczne, obowiązek raportowania zatrudnienia oraz katalog podmiotów wysokiego ryzyka, w których praca byłaby zakazana lub wymagała zgody.
Poseł Jarosław Krajewski, były wiceszef Sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych, przyznaje, że temat był już przedmiotem niejawnych rozmów w poprzedniej kadencji parlamentu i że system zagospodarowania byłych funkcjonariuszy jest niezbędny, jeśli Polska ma wzmacniać, a nie osłabiać własne bezpieczeństwo. Raport Frontline Foundation leży na stole. Rząd, który nie miał pomysłu na analityka demaskującego szpiegów penetrujących jego własne środowisko, ma teraz szansę udowodnić, że nie była to ślepa zemsta i naprawić błąd.
