Jedna błędna depesza Polskiej Agencji Prasowej wywołała polityczne trzęsienie ziemi. W czwartek PAP opublikowała cytat z wywiadu Donalda Trumpa dla Fox News, sugerując, że prezydent USA mówił o ograniczonym wsparciu dla Polski. Problem w tym, że Trump w ogóle nie wspomniał o naszym kraju. Mówił o Ukrainie. Czy to kompromitujący błąd językowy, czy celowa manipulacja? Reakcja polityków i dziennikarzy, którzy bezrefleksyjnie powtórzyli kłamstwo, odsłania niepokojący mechanizm funkcjonowania polskich mediów.
PAP zmanipulowało wypowiedź Trumpa – prezydent nie wspomniał o Polsce
„Trump: wspieramy Polskę wywiadowczo, ale kiedy mówiłem, że pomogę Polsce, to chodziło mi o to, że po wojnie” – takim tweetem PAP wywróciła polską scenę polityczną do góry nogami. Dziesiątki polityków koalicji i publicystów pro rządowych natychmiast zaczęły komentować „zdradę” amerykańskiego prezydenta.
Tyle, że Trump nie wypowiedział tych słów. W całej rozmowie z dziennikarką Fox News Martha MacCallum ani razu nie padło słowo „Polska”. Rzeczywista wypowiedź brzmiała: „Pomagamy wywiadowczo, ale kiedy mówiłem o pomocy powietrznej, mówię o bezpieczeństwie po zakończeniu wojny, więc kiedy wojna się zakończy, pomoglibyśmy zabezpieczyć pokój”.
Kontekst był jednoznaczny – Trump odnosił się do swoich wcześniejszych deklaracji dotyczących wsparcia powietrznego dla Ukrainy po zakończeniu konfliktu. Dziennikarka pytała wprost o myśliwce F-16 i systemy Patriot w kontekście brytyjskich samolotów RAF wysłanych do Polski w ramach operacji NATO „Wschodnia straż”.
PAP usunęła kompromitujący tweet dopiero po kilku godzinach, gdy setki użytkowników zaczęły wytykać agencji manipulację. Żadnych przeprosin nie było.
Dziennikarze i politycy bezrefleksyjnie powtórzyli kłamstwo
Najbardziej niepokojące w całej sytuacji nie było samo przekręcenie słów Trumpa przez PAP. Zdumiewała liczba polskich polityków i dziennikarzy, którzy bez sprawdzenia źródeł natychmiast rzucili się do komentowania „zdrady” amerykańskiego prezydenta.
Mechanizm był prosty: PAP jako państwowa agencja prasowa ma w Polsce status nieomylności. Gdy publikuje depeszę, media ją powielają, a politycy komentują. Nikt nie weryfikuje, czy cytowany wywiad rzeczywiście zawiera przytaczane słowa.
W ciągu kilku godzin fałszywa informacja obiegła dziesiątki serwisów informacyjnych. Politycy koalicji rządowej wykorzystali ją do ataku na wizytę Karola Nawrockiego w Waszyngtonie, sugerując „efekty” spotkań z obozem Trumpa. Publicyści i dziennikarze mediów prorządowych pisali o „przyjacielu PiS, który znowu zdradził Polskę”.
Jak zauważa były ambasador w USA Marek Magierowski: „liczba polityków i dziennikarzy, którzy bezrefleksyjnie i z poczuciem triumfu zaczęli rozpowszechniać to kłamstwo, była zdumiewająca„. Większość nie skasowała swoich tweetów nawet po ujawnieniu manipulacji.
Państwowa agencja bez kontroli jakości – jak to możliwe?
PAP jako państwowa agencja informacyjna powinna stosować najwyższe standardy weryfikacji informacji. Szczególnie gdy cytuje słowa prezydenta USA – najważniejszego sojusznika Polski w NATO.
Problem leży głębiej niż jeden błąd tłumacza. Depesza musiała przejść przez ręce co najmniej dwóch osób – dziennikarza, który ją napisał, i redaktora, który podjął decyzję o publikacji. Żaden z nich nie sprawdził nagrania wywiadu, nie zweryfikował kontekstu, nie zastanowił się nad logicznością przypisywania Polsce słów o „pomocy po wojnie”.
Międzynarodowe agencje prasowe jak Reuters czy Associated Press stosują wielostopniowy system weryfikacji. Każda depesza dotycząca wypowiedzi wysokich urzędników musi być potwierdzona przez co najmniej dwóch niezależnych redaktorów. W PAP najwyraźniej takich procedur nie ma.
Problem z znajomością angielskiego w polskich mediach nie jest nowy. Trump rzeczywiście mówi w specyficzny sposób – jego wypowiedzi często sprawiają wrażenie chaotycznego potoku myśli. Tym bardziej dziennikarze powinni być ostrożni z pojedynczymi cytatami, szczególnie gdy każde słowo amerykańskiego prezydenta ma w Warszawie wagę polityczną.
Manipulacja czy niekompetencja – dlaczego to ma znaczenie
Czy PAP celowo zmanipulowała słowa Trumpa, czy po prostu niekompetentnie je przetłumaczyła? Z punktu widzenia skutków różnica jest niewielka.
Fake news z państwowej agencji prasowej podważa wiarygodność Polski jako partnera w relacjach międzynarodowych. Gdy amerykańska administracja widzi, że polskie media przypisują ich prezydentowi słowa, których nie wypowiedział, rodzi to pytania o profesjonalizm i intencje polskich instytucji. Zwłaszcza w obliczu bardzo chłodnych relacji Donalda Tuska z obozem politycznym Donanlda Trumpa.
Incydent pokazuje również, jak łatwo manipulować polską opinią publiczną. Wystarczy jedna błędna depesza z „wiarygodnego” źródła, by setki osób zaczynały komentować wydarzenie, które nigdy nie miało miejsca. Mechanizm ten mogą wykorzystać zarówno krajowi, jak i zagraniczni inspiratorzy dezinformacji.
Precedens PAP jest szczególnie niebezpieczny, bo dotyczy agencji finansowanej z budżetu państwa. Jeśli państwowe media mogą bezkarnie fałszować wypowiedzi zagranicznych przywódców, gdzie są granice manipulacji?
Trump mówił o Ukrainie – kontekst sierpniowej deklaracji wyjaśnia wszystko
Prawdziwy kontekst wypowiedzi Trumpa był oczywisty dla każdego, kto śledził jego wcześniejsze deklaracje dotyczące konfliktu na Ukrainie.
W sierpniu 2025 roku Trump powiedział w wywiadzie dla Fox News, że USA są gotowe wspierać Ukrainę „zwłaszcza, prawdopodobnie, jeśli mówimy o wsparciu z powietrza”. Wykluczył jednocześnie wysłanie amerykańskich wojsk lądowych, wskazując, że gotowi są na to europejscy sojusznicy.
Dziennikarka MacCallum nawiązywała właśnie do tej deklaracji, pytając o konkretne formy „wsparcia powietrznego” – myśliwce F-16, systemy Patriot. Pierwsze zdanie pytania dotyczyło niedawnej decyzji brytyjskiego premiera Keira Starmera o wysłaniu myśliwców RAF do Polski w ramach operacji NATO „Wschodnia straż”.
Trump odpowiadał więc na pytanie o przyszłe wsparcie powietrzne dla Ukrainy po zakończeniu wojny – nie o pomoc dla Polski. Kontekst był jednoznaczny, a interpretacja PAP wymagała kompletnego ignorowania okoliczności wypowiedzi.
Operacja „Wschodnia straż” została uruchomiona przez NATO po naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie pociski i drony. Obok brytyjskich myśliwców, Polska otrzymała wsparcie powietrzne także z Danii, Francji i Niemiec. To właśnie ten kontekst miała na myśli dziennikarka, pytając o amerykański wkład w ochronę sojuszników.
