Prezydent Karol Nawrocki darował Piotrowi Staruchowiczowi dwuletni zakaz wstępu na stadiony i zarządził zatarcie jego skazania. Sąd w Lublinie wymierzył mu wcześniej karę za wejście na ogrodzenie stadionu, mimo że organizator meczu wystawił mu akredytację uprawniającą do tego miejsca. Dla środowiska kibicowskiego Staruchowicz jest kimś więcej niż liderem dopingu, bo to on razem z innymi fanami rozpropagował okrzyk wymierzony w rząd Donalda Tuska. Adwokat kibica przedstawia teraz szczegóły, które jego zdaniem podważają cały wyrok.
Zakaz stadionowy zniknął, wyrok wciąż istnieje
Pałac Prezydencki poinformował w poniedziałek, że Karol Nawrocki zastosował prawo łaski wobec trzech osób. Wśród nich znalazł się Piotr Staruchowicz, znany w środowisku kibicowskim jako Staruch, wieloletni lider dopingu na trybunie Żyleta stadionu Legii Warszawa. Prezydent darował mu środek karny w postaci zakazu wstępu na imprezy masowe i zarządził zatarcie skazania. Grzywna w wysokości 2500 złotych, którą Staruchowicz wcześniej zapłacił, aktem łaski objęta nie została.
Rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz tłumaczył we wtorek dziennikarzom, że akt łaski to wyłączna prerogatywa głowy państwa, wynikająca z artykułu 139 Konstytucji, wykonywana w tak zwanym trybie bezpośrednim, z pominięciem procedury konsultacyjnej przewidzianej w kodeksie postępowania karnego. Jak podano w komunikacie prezydenckiej kancelarii, za decyzją przemawiały pozytywna opinia środowiskowa i ustabilizowany tryb życia skazanego, zaważył też incydentalny charakter czynu. Leśkiewicz przypomniał, że Nawrocki w ciągu roku prezydentury zastosował prawo łaski siedmiokrotnie, a pięciokrotnie go odmówił. Innych szczegółów tłumaczyć nie musi.
Pytany o rozbieżność między „incydentalnym charakterem czynu” a wcześniejszymi wyrokami Staruchowicza, rzecznik odpowiedział, że tamte sprawy zakończyły się skazaniem i zostały odpowiednio rozliczone, więc obecna sprawa stanowiła osobny, jednorazowy incydent.
Prośba o ułaskawienie padła na wizji, nie w piśmie urzędowym
Sprawa Staruchowicza trafiła do prezydenta w nietypowy sposób. W grudniu ubiegłego roku, podczas rozmowy na wizji, w której gościem był Karol Nawrocki, kibic zadzwonił do studia i przedstawił swoją sytuację. Zapytał, czy w tym roku dostanie ułaskawienie od świętego Mikołaja.
Nawrocki odpowiedział wtedy, że wnioskami o ułaskawienie zajmie się na początku roku, a wniosek Staruchowicza, jeśli taki wpłynął, zostanie rozpatrzony. Ocenił też sytuację, w której „kibic odpowiedzialny za doping nie może wejść na gniazdo”, jako dziwną. Wniosek o akt łaski trafił do Pałacu Prezydenckiego już wcześniej, w połowie października ubiegłego roku, i przez kolejne miesiące czekał na rozpatrzenie razem z pozostałymi sprawami.
Lider Żylety z historią sięgającą 2010 roku
Piotr Staruchowicz to najbardziej rozpoznawalny i wieloletni gniazdowy kibiców Legii Warszawa. Prowadzi doping z trybuny Żyleta od kilkunastu lat i przez ten czas kilkukrotnie wchodził w konflikt z właścicielami klubu ( ITI Corporation były właściciel TVN-u założony przez Mariusza Waltera i Jana Wejcherta), a czasem także z sądami i policją.
W 2010 roku, podczas próby uczczenia minutą ciszy zmarłego współwłaściciela Legii Jana Wejcherta, Staruchowicz zaintonował w kierunku drugiego z właścicieli, Mariusza Waltera, okrzyk „Jeszcze jeden!”. Ochrona siłą zdjęła go z gniazda i wyprowadziła ze stadionu. Klub nałożył wtedy na niego dwuletni klubowy zakaz wstępu, który jesienią tego samego roku zawiesił po rozmowach z kibicem. Zakaz wrócił po kolejnym incydencie, gdy Staruchowicz uderzył w twarz piłkarza Legii Jakuba Rzeźniczaka po przegranym meczu z Ruchem Chorzów.
Trzy lata później Prokuratura Apelacyjna w Warszawie oskarżyła go o kupno kilograma amfetaminy oraz przygotowanie do wprowadzenia do obrotu kolejnych pięciu kilogramów tego narkotyku, a także o ukrywanie cudzych dowodów osobistych. Do zatrzymania doszło w maju 2012 roku. Policja aresztowała wtedy łącznie 42 osoby podejrzewane o przemyt i handel narkotykami na dużą skalę. Podstawą zarzutów wobec Staruchowicza były zeznania kontrowersyjnego świadka koronnego, wcześniej karanego handlarza narkotyków ukrywającego się pod pseudonimem Hanior, który twierdził, że sprzedał mu amfetaminę, a kolejna transakcja nie doszła do skutku z powodu zbyt wysokiej ceny.
„My daliśmy wiarę świadkowi koronnemu, co oceni sąd„, tłumaczył wtedy dziennikarzom prokurator Szymon Liszewski.
Staruchowicz spędził w areszcie śledczym ponad osiem miesięcy, mimo że poręczenia za niego złożyło kilkunastu znanych działaczy dawnej opozycji i polityków. Sąd wypuścił go dopiero za kaucją w wysokości 80 tysięcy złotych i z zakazem opuszczania kraju.
Warszawski sąd rejonowy uniewinnił go od wszystkich zarzutów w styczniu 2016 roku. W uzasadnieniu wskazał, że zeznania świadka koronnego nie były wystarczająco jednoznaczne, a sam świadek mylił się co do miejsca i czasu zdarzenia, a nawet co do osoby, która miała brać w nim udział. Nikt inny tych zeznań nie potwierdził, a domniemany pośrednik transakcji nigdy się nie odnalazł. Prokuratura odwołała się od wyroku, ale rok później Sąd Okręgowy Warszawa-Praga oddalił apelację, czyniąc uniewinnienie prawomocnym. Po wyroku część komentatorów zastanawiała się, czy cała sprawa nie była elementem szerszej rozprawy z ruchem kibicowskim, prowadzonej przez służby za rządów Donalda Tuska.
W tym samym okresie, jak przypominało środowisko kibicowskie po jego uwolnieniu z aresztu, to właśnie Staruchowicz razem z innymi kibicami rozpropagował przyśpiewkę „Donald matole, twój rząd obalą kibole!„, obecny na trybunach od 2011 roku w proteście przeciwko zamykaniu stadionów.
Kluczowy dokument sąd „miał pominąć”
Do zdarzenia, które ostatecznie doprowadziło do obecnego ułaskawienia, doszło podczas meczu Motoru Lublin z Legią na stadionie Arena Lublin. Padł tam remis 3:3. Gniazda dla kibiców gości wtedy jeszcze nie było, więc Staruchowicz wspiął się na ogrodzenie oddzielające sektor gości od płyty boiska, żeby stamtąd prowadzić doping. Miał na to jednorazową akredytację wystawioną przez Motor Lublin, obejmującą zarówno trybuny, jak i płytę boiska oraz strefę pomiędzy nimi. Ochrona podeszła i poprosiła go o zejście. Zlekceważył wezwanie.
Po meczu na lubelski komisariat trafiło zgłoszenie dotyczące między innymi pirotechniki użytej przez kibiców Legii. Policjanci wyodrębnili z niego osobno wątek mężczyzny na ogrodzeniu i skierowali w jego kierunku postępowanie o wykroczenie z artykułu 54 ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Przepis ten penalizuje zarówno niewykonywanie poleceń służb porządkowych, jak i przebywanie w miejscu nieprzeznaczonym dla publiczności. Pod koniec maja ubiegłego roku policja skierowała wniosek o ukaranie do III Wydziału Karnego Sądu Rejonowego Lublin-Zachód. Sąd wydał wyrok nakazowy 17 czerwca ubiegłego roku, bez udziału stron, opierając się wyłącznie na materiałach od policji. Wymierzył grzywnę 2500 złotych. Na podstawie artykułu 65 ustęp 2 tej samej ustawy orzekł też dwuletni zakaz wstępu na imprezy masowe.
Odpis wyroku uznano za doręczony, mimo że Staruchowicz go nie odebrał. „Mój klient od 25 czerwca do 12 lipca przebywał w Afryce”, wyjaśniał tę sytuację jego adwokat Krzysztof Wąsowski. Wyrok stał się więc prawomocny, zanim skazany w ogóle dowiedział się o jego istnieniu. We wrześniu ubiegłego roku obrona złożyła wniosek o przywrócenie terminu do wniesienia sprzeciwu, argumentując niezawinioną przyczyną uchybienia i wadliwością samego rozstrzygnięcia. Sąd odmówił 10 września. Dziewięć dni później, 19 września ubiegłego roku, Motor Lublin S.A. wystawił oficjalne oświadczenie, w którym potwierdził, że akredytacja Staruchowicza obejmowała pełny dostęp do trybun i płyty boiska, łącznie ze strefą przy bandach reklamowych. Dopiero po tym oświadczeniu obrońca wniósł zażalenie na odmowę razem ze sprzeciwem od wyroku nakazowego, ale i ono zakończyło się niepowodzeniem. Klub przekazał też, że przez ostatnie dwa lata nie wnioskował o zakaz stadionowy wobec żadnego z kibiców.
Adwokat wskazuje na błędy w samym wyroku
Krzysztof Wąsowski, reprezentujący Staruchowicza, przedstawił szczegółową analizę prawną, która jego zdaniem podważa całe postępowanie. Wskazuje, że sama obecność akredytacji powinna była wykluczyć stan bezwątpliwości wymagany przez przepisy postępowania w sprawach o wykroczenia do wydania wyroku bez rozprawy. Sąd, według adwokata, powinien był skierować sprawę na rozprawę i przesłuchać przedstawiciela klubu, zamiast pomijać dokument, który tę wątpliwość jasno sygnalizował.
Wąsowski wskazuje też na niespójności w samej treści wyroku. W opisie zarzutu miał się znaleźć nieistniejący w ustawie punkt przy artykule 54 ustęp 1, a grzywnę wymierzono z powołaniem na przepis dotyczący zakrywania twarzy w celu utrudnienia identyfikacji, który z sytuacją Staruchowicza nie ma nic wspólnego. Adwokat podkreśla przy tym, że sąd zastosował ustawowe minimum kary w postaci dwuletniego zakazu, choć widełki sięgają nawet sześciu lat. Mimo to dla wieloletniego lidera dopingu nawet minimalny wymiar oznaczał sankcję dotkliwszą niż sama grzywna, bo wykluczał go z trybun na dwa sezony.
„Temida bywa ślepa, lecz w tej sprawie najwyraźniej nie przeczytała także akredytacji„, podsumował Wąsowski całą sytuację.
Dwie inne historie kończą się tego samego dnia
Razem ze Staruchowiczem prezydent ułaskawił jeszcze dwie osoby. Pierwszą jest Adam Borowski, działacz demokratycznej opozycji z czasów PRL. Sąd skazał go „za zniesławienie” posła Romana Giertycha z Koalicji Obywatelskiej. Nałożył na niego karę pół roku pozbawienia wolności w zawieszeniu za odmowę publicznych przeprosin, a później zdecydował o zarządzeniu jej wykonania. „Nie można przepraszać za mówienie prawdy„, mówił Borowski, komentując swoją sytuację jeszcze przed decyzją prezydenta. Zaplanowane na 6 sierpnia apelacyjne posiedzenie sądu wykonawczego w jego sprawie, jak przekazał mecenas Wąsowski, może po ułaskawieniu okazać się bezprzedmiotowe.
Trzecią ułaskawioną osobą jest 57-letni Piotr Pytel. Sąd w Monachium skazał go w 2006 roku na dożywocie za zabójstwo Ecateriny I. Późniejsze postępowanie polskiej prokuratury wykazało, że to nie on popełnił tę zbrodnię. Z zakładu karnego w Rzeszowie wcześniej zwolnił go decyzją minister sprawiedliwości Waldemar Żurek, a teraz objęło go też prezydenckie prawo łaski.
Krytyka spływa głównie z obozu rządzącego
Decyzja o ułaskawieniu Staruchowicza wywołała falę komentarzy, szczególnie wśród polityków i dziennikarzy koalicji rządzącej. Szef MSWiA Marcin Kierwiński ocenił, że „ułaskawienie kogoś takiego jak Staruch pokazuje, o jakiej Polsce marzy prezydent Nawrocki”. Krytycznie wypowiedział się też były prezydent Bronisław Komorowski, który przypomniał, że prawo łaski powinno służyć sytuacjom nadzwyczajnym i społecznie uzasadnionym. Jego zdaniem „pan prezydent po prostu grubo przesadził i sam okazał lekceważenie” dla tej instytucji.
Rzecznik prezydenta odpowiadał na te zarzuty konsekwentnie. Podkreślał, że Nawrocki korzysta z konstytucyjnego uprawnienia, do którego ma pełne prawo i że krytyczne komentarze przedstawicieli rządu tego nie zmienią.
Sam Staruchowicz skomentował sprawę na własnym profilu w mediach społecznościowych, dzień po ogłoszeniu decyzji. Napisał, że najgorsze w całym zakazie nie było oglądanie meczów Legii w telewizji, tylko brak możliwości bycia na trybunach razem z innymi kibicami. Dodał też, że oburzenie polityków i komentatorów po ułaskawieniu utwierdza go w przekonaniu o słuszności tego, co razem z kibicami robi. „Psy szczekają, karawana jedzie dalej!„, zakończył swój wpis.
