W połowie kwietnia 2026 roku rząd Pedro Sáncheza zatwierdził dekret królewski, który otwiera drogę do legalnego pobytu dla nawet pół miliona nielegalnych imigrantów mieszkających w Hiszpanii. Decyzja podjęta z pominięciem parlamentu wywołała falę komentarzy — od „historycznego aktu sprawiedliwości” po „destrukcję strefy Schengen”. Polskie media i politycy zareagowali natychmiast. Problem w tym, że większość tych reakcji opiera się na jednym, podstawowym błędzie: migranci nie dostają paszportów ani obywatelstwa — dostają teoretycznie roczne zezwolenie na pobyt i pracę w Hiszpanii. Ale prawdziwych obaw i tak nie brakuje.
Co Hiszpania naprawdę ogłosiła — i czego nie ogłosiła
Zalegalizowani migranci nie otrzymują paszportów. Legalizacja pobytu nie oznacza nadania pełni praw obywatelskich — droga do obywatelstwa trwa w Hiszpanii co najmniej 10 lat w przypadku dorosłych. Droga od rocznego zezwolenia na pobyt do czerwonego paszportu z herbem Kastylii i Leonu jest długa i wybrukowana formalnościami.
Co zatem naprawdę ogłoszono? Rząd Hiszpanii zatwierdził — przy sprzeciwie opozycji i z pominięciem głosowania w parlamencie — dekret królewski umożliwiający uregulowanie statusu około 500 tys. nielegalnych imigrantów. Dekret wyda roczne tymczasowe zezwolenie na pobyt, odnawialne na standardowych warunkach. Beneficjenci natychmiast otrzymają prawo do pracy, dostęp do publicznego systemu ochrony zdrowia oraz prawo do rejestracji w systemie ubezpieczeń społecznych.
Kto może złożyć wniosek? O legalizację będą mogli ubiegać się migranci, którzy udokumentują pobyt w Hiszpanii przez co najmniej pięć miesięcy przed 1 stycznia 2026 r. Wnioskodawcy będą zobowiązani do przedstawienia dowodu zatrudnienia lub trwałych związków z krajem, a programem „mają nie być objęte” osoby z przeszłością kryminalną. Wnioski przyjmowane są od kwietnia do końca czerwca 2026 roku.
Czy Schengen jest zagrożony? Bruksela reaguje chłodno
500 tys. — to oficjalny szacunek rządu. Według raportu ośrodka analitycznego Funcas, w 2025 roku w Hiszpanii przebywało około 840 tys. osób bez uregulowanego statusu i dostępu do podstawowych usług. Lewicowa partia Podemos twierdzi, że liczba beneficjentów może sięgnąć nawet 800 tysięcy. Do tego dochodzi kwestia łączenia rodzin — eksperci zwracają uwagę, że w praktyce regulacja może objąć nawet 2 mln osób, gdy uwzględni się ten mechanizm. Kim są ci ludzie? Z nowych przepisów skorzysta głównie ludność pochodząca z Ameryki Łacińskiej. Wielu pracuje w kluczowych sektorach, takich jak rolnictwo, turystyka i usługi.
Sedno sprawy dotyczącej całej Europy, w tym Polski, leży w pytaniu o swobodę przemieszczania się. Beneficjenci otrzymają hiszpańskie zezwolenia na pobyt, a nie ogólnounijne karty pobytu — dekret nie zapewnia mobilności poza Hiszpanią. Formalnie więc zalegalizowani migranci nie mają prawa osiedlić się w Niemczech, Polsce czy Francji.
Jest jednak pewna luka. Jedną z głównych obaw w Brukseli jest możliwość, że dzięki nowemu statusowi zalegalizowani migranci będą mogli podróżować po Europie przez maksymalnie 90 dni w ciągu 180 dni, co mogłoby skłaniać część osób do próby osiedlenia się w innych państwach UE bez zezwolenia. Komisarz UE ds. wewnętrznych i migracji Magnus Brunner podkreślił, że legalizacja pobytu w Hiszpanii nie oznacza automatycznego prawa pobytu w innych państwach członkowskich — ale mechanizmy egzekwowania tego są ograniczone. Strefy Schengen nie da się pilnować wewnętrznie bez cofnięcia swobody przepływu.
Europosłanka Jadwiga Wiśniewska z Prawa i Sprawiedliwości oceniła, że może dojść do poważnej destrukcji strefy Schengen i wezwała Komisję do zdecydowanych działań. Niemcy już zareagowały inaczej niż słowami — zdecydowały się na tymczasowe przywrócenie kontroli granicznej na wszystkich odcinkach granic wewnętrznych w związku z wysokim poziomem nielegalnej migracji, a okres obowiązywania tych kontroli przedłużono do września 2026 roku.
Co mówi historia — bo Hiszpania robiła to już wcześniej
Ten argument pada najrzadziej w polskiej debacie, a jest jednym z ważniejszych. Legalizacja z 2005 roku za rządów José Luisa Rodrígueza Zapatero objęła ponad 575 tysięcy osób. Niemcy i Holandia sprzeciwiały się wtedy tej decyzji, obawiając się, że zalegalizowani migranci ruszą w kierunku innych krajów UE. Co się stało?
Wbrew popularnym przekonaniom, kolejne fale legalizacji w Hiszpanii nie prowadziły do masowych napływów migrantów ani nie tworzyły efektu magnesu — i pozostaje to prawdą 20 lat później. Badania pokazują, że po legalizacji z 2005 roku wpływy podatkowe wzrosły istotnie: szacunki wskazują na ponad 4000 euro rocznie więcej na każdego zalegalizowanego migranta. Wielu pracowników przeszło z szarej strefy do formalnego zatrudnienia, zaczęło odprowadzać składki na ubezpieczenie społeczne i weszło na regulowane rynki pracy. Ci ludzie zostają tam, gdzie mają pracę i życie — potwierdzają to dane z każdej z sześciu amnestii przeprowadzonych przez Madryt między 1986 a 2005 rokiem.
Dlaczego Sánchez to zrobił — i czego nie mówi na głos
Rząd w Madrycie podaje dwa oficjalne argumenty: demografię i rynek pracy. Według Banku Hiszpanii aż 409 000 spośród 468 000 miejsc pracy utworzonych w 2024 roku zostało obsadzonych przez imigrantów. Bez nich kluczowe sektory — opieka nad osobami starszymi, rolnictwo, gastronomia — stanęłyby w miejscu.
Jest jednak strona tej debaty, której rząd w Madrycie nie nagłaśnia. Przepisy mogą spowodować wzrost liczby ofiar wśród osób próbujących przedostać się do Hiszpanii niebezpiecznymi drogami, m.in. na prymitywnych łodziach z Afryki. W 2024 r. w takich próbach życie straciło ponad 10 tys. osób. Eksperci cytowani przez dziennik „ABC” zwracają uwagę, że w mediach społecznościowych już pojawiają się przekazy zachęcające do podróży do Hiszpanii, co może sprzyjać działalności grup przestępczych zajmujących się handlem ludźmi.
Polska powinna się bać? Odpowiedź jest skomplikowana
W perspektywie najbliższych kilku lat masowa migracja ze Hiszpanii do Polski jest mało prawdopodobna. Dane historyczne z analogicznych amnestii wskazują, że zalegalizowani migranci pozostają w miejscu, gdzie mają zatrudnienie i zakorzenione życie. Polska mierzy się jednak z własnym, odrębnym wyzwaniem migracyjnym — pakt migracyjny UE, który zaczyna obowiązywać od czerwca 2026 roku, to osobna historia, tocząca się równolegle. Polska uzyskała zwolnienie z mechanizmu relokacji migrantów tylko na 2026 rok. Czy w kolejnych latach otrzymamy je ponownie?
Decyzja Madrytu ma natomiast inny, bardziej pośredni wpływ na wszystkie państwa członkowskie: wzmacnia polityczną narrację po obu stronach europejskiej debaty. Kraje, które chcą zaostrzać kontrolę granic, dostają argument, a kraje stawiające na integrację — dowód, że to się opłaca gospodarczo.
