26 marca 1826 roku do konsystorza wrocławskiego wpłynęła petycja podpisana przez setki polskich rodzin z podwrocławskich wsi. Jej autorem był 46-letni Jerzy Treska z Nowego Dworu, wsi w powiecie Oławskim, który żądał w imieniu pięciu tysięcy polskich ewangelików przywrócenia nabożeństw w ojczystym języku. Pruska policja aresztowała go miesiąc później. Za złożenie pisma dostał naganę, a polskie msze w Laskowicach ocalały przynajmniej na kilka dekad. Dziś, w 200. rocznicę tamtego zdarzenia, nazwisko Treski pozostaje praktycznie nieznane, choć jego historia to jeden z najlepiej udokumentowanych aktów polskiego oporu wobec germanizacji na Dolnym Śląsku.
Pod Wrocławiem, gdzie na cztery polskie domy przypadał jeden dom Niemca
Około 1826 roku w Laskowicach stało 71 gospodarstw polskich i 11 niemieckich. W Nowym Dworze 38 polskich wobec 4 niemieckich, w Piekarach 40 wobec 4, w Dębinie 42 wobec 7, w Chwałowicach 36 wobec 4, w Jelczu 32 wobec 5.
Polskość tych okolic była żywym faktem demograficznym, a nie sentymentem. W 1803 roku Charlotte Stein, przyjaciółka Goethego, spotkała na polach pod Muchoborom Wielkim, dziś wrocławską dzielnicą, dziewczęta śpiewające polskie pieśni. Kościół luterański w Laskowicach obsługiwał właśnie tę społeczność: polskojęzyczną, wielopokoleniową, zakorzenioną w tych ziemiach od stuleci. Polskie kazanie było dla tej wspólnoty jedynym sposobem rozumienia liturgii i jedyną instytucjonalną przestrzenią, w której ich język miał jakiekolwiek oparcie.
Pruska agenda wchodzi do zboru
W 1817 roku Fryderyk Wilhelm III ogłosił unię administracyjną, łączącą kościół luterański z kalwińskim w Ewangelicki Kościół Unijny. Monarcha stawał się formalną głową nowej struktury z realnym wpływem na jej działalność, w tym na język nabożeństw. Na wsiach spod Wrocławia reforma oznaczała stopniowe wypieranie polskiej liturgii przez niemiecką. Zakazu nie ogłoszono wprost. Zmianę przeprowadzano małymi krokami: mniej terminów po polsku, więcej po niemiecku, aż polska msza stawała się wyjątkiem uzależnionym od dobrej woli urzędnika.
Polityka ta miała swój dłuższy rodowód. Już w latach 40. XVIII wieku Fryderyk Wielki nakazał wprowadzenie niemieckiego jako języka urzędowego i zakazał zatrudniania nauczycieli nieznających tego języka. Przez kolejne dekady kościół luterański pozostawał jednak dla dolnośląskich Polaków jedyną przestrzenią, gdzie polska mowa była nie tylko tolerowana, lecz wręcz niezbędna, bo większość wiernych po prostu nie rozumiała kazań po niemiecku. Gdy reformy Fryderyka Wilhelma III zaczęły tę przestrzeń uszczuplać, w kolejnych latach 20. XIX wieku pojawiły się pierwsze zbiorowe sprzeciwy parafian z podwrocławskich wsi.
Trójnóg germanizacji: szkoła, zbór i właściciel ziemski przeciw polskiej wsi
Kościół protestancki nie działał w próżni. Od 1820 roku w szkole w Laskowicach nauczano wyłącznie po niemiecku. Efekty tej polityki opisał pastor Opitz, który pracował z polskimi dziećmi na co dzień: „Dzieci uczą się niemieckiego jak papugi: powtarzają słowa, a nie rozumieją sensu”. Sprawozdanie landrata oławskiego z 1838 roku potwierdzało tę obserwację — po wyjściu ze szkoły dzieci często zapominały języka niemieckiego zupełnie, bo w domach i na podwórkach wracały do polszczyzny. Karanie rodziców i opiekunów za niedostateczne postępy uczniów w niemczyźnie nie zmieniało tego stanu rzeczy.
Trzecim filarem germanizacji obok szkoły i kościoła protestanckiego byli właściciele wielkich majątków ziemskich. Superintendent Koenig z Sycowa pisał w 1835 roku wprost, że „w rozpowszechnianiu języka niemieckiego szkoła i kościół mogą wiele zdziałać, ale nie wszystko”. Zdaniem Koeniga najwięcej mogli zdziałać wielcy właściciele ziemscy, gdyby zatrudniali wyłącznie niemieckojęzycznych urzędników, wójtów i służbę. Powoływał się na przykład sąsiedniego powiatu oleśnickiego, gdzie taka strategia „okazała się bardziej skuteczna niż nabożeństwa i nauka w szkole”. Z tych trzech pozycji — szkolnej ławki, kościelnej ambony i dworskiego folwarku — przypuszczono jednoczesny atak na polskość parafii laskowickiej.
Gospoda „Pod Polskim Panem Bogiem” i starzec z Kociego Zaułka — jak petycja Treski powstawała
W dniu Wielkanocy 1826 roku Polacy zebrali się na podwórzu kościelnym w Laskowicach, czekając na nabożeństwo. Narada była jednomyślna: żądać utrzymania polskich nabożeństw, a gdyby petycja nie przyniosła skutku, wysłać delegatów z każdej wsi parafii prosto do rządu prowincji we Wrocławiu. Zadanie spisania i złożenia petycji powierzono Jerzemu Tresce.
Treska nie miał jednak nikogo, kto potrafiłby przelać żądania chłopów na papier poprawną niemczyzną. Udał się po radę do wójta Blachy z Wojnowic — człowieka obeznanego z pruską biurokracją, choć sam nie praktykował religijnie. Blacha poradził, jak postępować, i załatwił Tresce wyjazd do Wrocławia, bo w mieście łatwiej było znaleźć pisarza. Nauczyciel z Laskowic, który mógłby napisać petycję, odmówił, gdy tylko dowiedział się, czego dotyczy pismo. Strach przed konsekwencjami zamykał usta ludziom wykształconym.
We Wrocławiu Treska zatrzymał się w gospodzie „Pod Polskim Panem Bogiem” na Nowym Targu. Sama nazwa lokalu świadczyła o tym, że polska obecność w mieście nie ograniczała się do okolicznych wsi. Gospodarz skierował Treskę do jednego ze swoich znajomych, ale i ten nie odważył się napisać podania. Dopiero na Kocim Zaułku, pod numerem 3, na trzecim piętrze, Treska trafił na starca nazwiskiem Pleban, który za 10 srebrnych groszy zgodził się wystylizować dokument. Petycję Treska złożył w rządzie prowincji natychmiast po jej napisaniu — nie czekając nawet dnia.
26 marca 1826: zagrodnik z olejarni pod Wrocławiem składa petycję i trafia za kratki
W marcu 1826 roku Jerzy Treska złożył w konsystorzu wrocławskim petycję podpisaną przez setki polskich gospodarstw z parafii laskowickiej. Stanął na czele protestu obejmującego około pięciu tysięcy polskich ewangelików z okolic Wrocławia, którzy domagali się przywrócenia nabożeństw w ojczystym języku. Jako wolny zagrodnik, cieszący się wyższym statusem niż pańszczyźniany chłop, mógł publicznie reprezentować całą społeczność.
Petycja, którą Treska złożył 26 marca w rządzie prowincji we Wrocławiu, była dokumentem precyzyjnym i przemyślanym. Na wstępie Treska wyliczał stosunki narodowościowe wieś po wsi: w dominium laskowickim 71 gospodarstw polskich wobec 11 niemieckich, w Piekarach 40 wobec 4, w Nowym Dworze 38 wobec 4, w Dębinie 42 wobec 7, w Chwałowicach 36 wobec 4, w Jelczu 32 wobec 5, w Ratowicach 58 wobec 7. Łącznie 391 gospodarstw polskich i zaledwie 48 niemieckich — ośmiokrotna przewaga.
Z tych liczb Treska wyprowadzał konkretne żądanie: przywrócenie naprzemiennych nabożeństw, w których jedną niedzielę mszę odprawiano by po polsku, a kolejną po niemiecku — tak jak praktykowano do niedawna. Nowy porządek, w którym Polacy dostawali mszę dopiero po niemieckiej, o godzinie dziesiątej, a co trzecią niedzielę nie mieli nabożeństwa wcale, petycja nazywała krzywdą. Starsi parafianie, stanowiący większość wiernych, musieli po ciężkim tygodniu pracy czekać bez jedzenia do drugiej po południu, bo polskie nabożeństwo z komunią kończyło się dopiero wówczas. Petycja kończyła się zdaniem, które w ustach pańszczyźnianego chłopa brzmiało jak manifest: „Polacy są tak samo ludźmi jak inni i nie żyją jak nierozumne bydło”.
Pruska policja aresztowała go 24 kwietnia 1826 roku. Na przesłuchaniu Treska miał powiedzieć, że „polskie słowo Boże jest dla nas bardziej zrozumiałe i bliskie. (…) Nowy porządek nabożeństw krzywdzi ludność polską, stawiając ją w gorszym położeniu od Niemców, a petycję złożyłem po naradzie ze wszystkimi parafianami, w ich imieniu” — jak podają źródła archiwalne z tamtego przesłuchania. Za złożenie petycji i mobilizację wiernych otrzymał naganę. Kara była symboliczna, lecz sama skala zdarzenia, w którym pięć tysięcy ludzi gotowych było poprzeć protest w imię prawa do polskiego kazania, była w realiach podwrocławskiej wsi lat dwudziestych XIX wieku zjawiskiem wyjątkowym.
Pastor Bauch z Laskowic, wezwany przez władze do złożenia sprawozdania, polemizował z petycją na swój sposób. Ludzi, których Treska nazywał Polakami, Bauch traktował jako Niemców — bo oprócz polskiego znali niemiecki. Przyznawał jednak, że parafianie „dopatrują się pogardy dla swego języka” i od czasu ograniczenia nabożeństw zmienili się nie do poznania. Dopóki mieli polską mszę bez ograniczeń, zwozili pastorowi drewno na opał bez proszenia, pomagali przy żniwach, przychodzili orać jego pole z drugiego końca parafii. Po redukcji nabożeństw przestali. Przy ofiarach kościelnych kładli grosze albo nie podchodzili wcale. Przy chrztach i pogrzebach szukali sposobu, żeby okazać niezadowolenie. Sam Bauch radził władze, żeby Treski nie karać — obawiał się, że surowa kara wywoła jeszcze większe rozdrażnienie.
Chwilowa ulga, nieuchronny koniec
Władze po proteście Treski wstrzymały natychmiastowe zniesienie polskich nabożeństw w parafii laskowickiej. Nie był to jednak przełom. Germanizacja toczyła się swoim rytmem, niezależnie od pojedynczych sprzeciwów, a kolejne pokolenia polskich parafian spod Wrocławia wysyłały do Berlina pisma podobne do petycji Treski z równie mizernymi efektami.
Decyzja rządu prowincji w sprawie Treski odsłaniała mechanizm pruskiej polityki wobec polskich poddanych. Formalnie nakazano pastorowi porozumieć się z parafianami i ustalić proporcję nabożeństw ku obopólnemu zadowoleniu. W tym samym piśmie rząd dodawał jednak, że „we wszystkich szkołach parafii oraz w nauce konfirmacyjnej musi nadal obowiązywać wyłączny użytek języka niemieckiego, co sprawi, że potrzeba polskiego nabożeństwa będzie się zmniejszać i w końcu ustanie sama z siebie”. Ustępstwo wobec Treski było zatem kalkulacją — wyciszeniem buntu dorosłych przy jednoczesnym zaostrzeniu germanizacji dzieci. Landrat hrabia Hoverden, który prowadził śledztwo, sam pisał do Wrocławia, że „nastroje Polaków są bardzo wzburzone i trudno uwierzyć, że uspokoiliby się przy odmownym załatwieniu sprawy”.
W 1881 roku pastor August Winkler odprawił w Laskowicach ostatnią mszę po polsku. Pięćdziesiąt pięć lat po tym, jak Treska wystosował petycję w imieniu pięciu tysięcy Polaków, nabożeństwo odbyło się spokojnie, bez rozgłosu, wobec garstki parafian rozumiejących jeszcze język polski i gwarę dolnośląską. Władze niemieckie formalnie zakazały polskich nabożeństw w 1919 roku, po zakończeniu I wojny światowej, choć do tego czasu polszczyzna zdążyła już praktycznie zniknąć z życia publicznego tych ziem.
Jak na ironię, zaledwie dwa lata przed protestem Treski, w 1824 roku, nauczyciel i pisarz Baltazar Działas z pobliskich Piekar ukończył „Słownik gwary dolnośląskiej” i przekazał go do Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie. Pisał słownik języka, który właśnie zaczął znikać.
Dolnośląski Drzymała, którego nie ma na żadnej tablicy
Historia Michała Drzymały i jego słynnego wozu obiegła całą Europę. Sprawa rozegrana w Wielkopolsce w latach 1904–1909 doczekała się komentarzy Sienkiewicza, Konopnickiej i Lwa Tołstoja, a cyrkowy wóz zamieszkany na przekór pruskim przepisom budowlanym stał się symbolem chłopskiego oporu wobec germanizacji. Jerzy Treska z Nowego Dworu podjął podobną walkę 78 lat wcześniej, broniąc nie jednej działki, lecz prawa do modlitwy pięciu tysięcy ludzi, i nie doczekał się ani szkolnej czytanki, ani tablicy na ścianie domu.
Różnica między oboma historiami leży nie w odwadze, lecz w geografii pamięci. Drzymała bronił ziemi w Poznańskiem, które po 1918 roku wróciło do Polski i zachowało ciągłość pokoleniową. Dolny Śląsk po 1945 roku przeszedł całkowitą wymianę ludności. Nowi mieszkańcy, przesiedleni z Kresów i z centralnej Polski, nie mieli rodzinnych ani lokalnych powodów, by pamiętać historię polskich ewangelików spod Wrocławia. Pamięć o Tresce przepadła razem z jego wspólnotą. Nie ma we wsi żadnej tablicy upamiętniającej człowieka, który 200 lat temu przez chwilę zatrzymał pruską germanizację i który miałby równie dobre prawo do miejsca w podręcznikach historii co wielkopolski chłop z cyrkowym wozem.

2 komentarze
Chodzi o Nowy Dwór pod Jelczem a nie dzielnice Wrocławia
Dziękuję za artykuł, w dodatku świetnie napisany, i proszę o więcej.
Treska zasługuje na portret w Ratuszu.