Firma Jarosława Wołowicza szyje żagle od 1991 roku i sprzedaje je klientom w kilku krajach Unii Europejskiej. Teraz żaglownia T&J Sails z Giżycka zawiesza produkcję, powołując się na nowe unijne przepisy o opakowaniach. Rzecznik małych i średnich przedsiębiorców ocenia, że część nowych obowiązków jest nieproporcjonalna do skali działalności najmniejszych firm, a Rada Przedsiębiorców zebrała już ponad sto podobnych sygnałów.
Sprzedaż za granicę przestaje się opłacać
Żaglownia T&J Sails działa w Giżycku od 1991 roku. Jej współwłaścicielem jest Jarosław Wołowicz, który zajmuje się projektowaniem i szyciem żagli od lat siedemdziesiątych. Od kilku lat wspiera go córka Elwira, inżynier architekt, która ma w przyszłości przejąć firmę. Klienci firmy mieszkają nie tylko w Polsce, ale i w kilku innych krajach Unii Europejskiej.
Latem tego roku firma stanęła przed pytaniem, czy dalsza sprzedaż zagraniczna wciąż się opłaca. Pierwszym pomysłem było całkowite zamknięcie działalności. Ostatecznie zapadła decyzja łagodniejsza niż zamknięcie firmy. Produkcja zostaje zawieszona. Na razie.
Powodem jest unijne rozporządzenie o opakowaniach, znane pod skrótem PPWR, które reguluje sprzedaż towarów za granicę wewnątrz Unii. Weszło w życie 11 lutego 2025 roku, a stosowane jest od 12 sierpnia 2026 roku. Dla firmy wysyłającej towary do kilku krajów oznacza to nowy zestaw kosztownych obowiązków, których małe przedsiębiorstwo może nie udźwignąć.
Ewentualne kary za niezgodność z nowymi bardzo skomplikowanymi przepisami mogłyby przewyższyć możliwości finansowe nawet dużej firmy. To ryzyko finansowe zaważyło na decyzji o wstrzymaniu sprzedaży zagranicznej wielu firm.
Jedna paczka, jeden certyfikat, jeden koszt
PPWR to kolejny etap tej samej unijnej polityki, która wcześniej oznaczała pożegnanie z jednorazowym plastikiem w gastronomii i hotelarstwie. Sama Komisja Europejska przyznaje, że po wejściu przepisów w życie dostała od państw członkowskich i przedsiębiorców mnóstwo pytań o ich interpretację, co samo w sobie sporo mówi o stopniu skomplikowania i wadliwości nowych regulacji.
Nowe przepisy nie ograniczają się do samych opakowań. Firma wysyłająca towar za granicę musi mieć dokumentację zgodności dla każdego (!!!) typu opakowania, od kartonu po taśmę klejącą. Musi też ustanowić własnego przedstawiciela w każdym kraju, do którego sprzedaje. Sam ten obowiązek potrafi kosztować kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie w jednym państwie.
Rozporządzenie definiuje producenta bardzo szeroko. Do tej kategorii zalicza się także firmę, która sprzedaje towar bezpośrednio konsumentowi w innym kraju Unii przez zwykłą umowę zawartą na odległość, czyli zwyczajną wysyłkę zamówioną przez internet. Wystarczy, że polska firma wyśle paczkę klientowi w Niemczech czy Francji, a automatycznie staje się producentem w rozumieniu przepisów tego kraju.
Rozporządzenie rozróżnia dwie role. Producentem odpowiedzialnym za rozszerzoną odpowiedzialność, w skrócie EPR, jest ten, kto pierwszy wprowadza opakowanie na rynek danego kraju. Wytwórca opakowania odpowiada z kolei za limity metali ciężkich i substancji PFAS oraz inne wymogi techniczne. Dla małej firmy oznacza to podwójną warstwę biurokracji zamiast jednej.
Skalę tego kosztu widać na konkretnym przykładzie z branży sprzętu sportowego. Sprzedaż dwóch sztuk towaru do Austrii w ciągu roku generuje opłatę środowiskową na poziomie symbolicznym. Kosztem nie jest więc sam recykling opakowania. Kosztem jest infrastruktura zbudowana wokół niego, rejestracja, przedstawiciel i osobny system w każdym kraju. Przy sprzedaży na szerszy rynek europejski taka obsługa administracyjna może kosztować ponad sto tysięcy złotych rocznie, czyli więcej niż wynosi wartość samej sprzedaży dla firmy tej wielkości. Dla polskiego eksportera to nie jest już koszt poboczny. To koszt, który sam w sobie decyduje, czy sprzedaż za granicę w ogóle ma sens.
Inspektorzy ochrony środowiska już dziś kontrolują firmy pod kątem rejestracji w systemie BDO, za brak której grozi kara pieniężna od pięciu tysięcy do miliona złotych na podstawie ustawy o odpadach. Nowa, pomyślana specjalnie pod PPWR, kara administracyjna do dwóch milionów złotych wciąż czeka na uchwalenie polskiej ustawy, znanej roboczo jako projekt UC100.
Do tego dochodzi ryzyko tak zwanego gold platingu, czyli obudowywania unijnych przepisów dodatkowymi krajowymi wymogami. Taka nadbudowa potrafi podnieść koszty po polskiej stronie ponad to, czego wymaga samo rozporządzenie.
Ale krajowe przepisy to dopiero połowa ryzyka.
Rynek niemiecki karze najsurowiej w Europie
Niemcy egzekwują przepisy opakowaniowe od lat i robią to sprawnie. Tamtejszy rejestr LUCID porównuje coroczne raporty firm z danymi systemów zbiórki odpadów. Gdy liczby się nie zgadzają, sprawa trafia do urzędów landowych. W jednej takiej akcji sprawdzano naraz około dziesięciu tysięcy przypadków, część z nich dotyczyła firm spoza Niemiec.
Brak udziału w systemie kosztuje do dwustu tysięcy euro, błędny raport danych do stu tysięcy euro. Do tego dochodzi zakaz sprzedaży. Opakowanie niezarejestrowane w LUCID w ogóle nie może trafić na niemiecki rynek.
Sprzedawcy odczuwają to najszybciej na platformach zakupowych. Od zeszłego roku Allegro ukrywa oferty bez numeru rejestracyjnego przed kupującymi z Niemiec. Bez ostrzeżenia i bez komunikatu, sprzedaż na tym rynku po prostu cichnie. Amazon stosuje podobne blokady od dawna.
Na forach sprzedawców Allegro te liczby przekładają się na konkretne rozterki. Jeden z handlujących pisze, że jego działalność generuje mniej niż trzysta kilogramów odpadów opakowaniowych rocznie, a mimo to sama rejestracja w BDO jest dla jednoosobowej firmy realnym problemem i kosztem. Przy naprawdę drobnej sprzedaży można wprawdzie uzyskać zwolnienie z wpisu do krajowego rejestru BDO, ale zagraniczny EPR rządzi się zupełnie innymi zasadami i żadnego zwolnienia nie przewiduje. Inny sprzedawca liczy koszt samego zagranicznego EPR na około dwa i pół tysiąca złotych za jeden kraj, jeszcze zanim doliczy się opłaty za same opakowania. Kolejny wprost przyznaje, że może zrezygnować z wysyłek za granicę w ogóle.
Koszt tych obowiązków w końcu i tak trafia do kogoś konkretnego. Jeśli przedsiębiorca zapłaci za rejestrację, przedstawiciela i obsługę systemu, dolicza to do ceny produktu. Jeśli nie może podnieść ceny, traci na marży. A jeśli sprzedaż w danym kraju jest zbyt mała, żeby to się w ogóle opłacało, po prostu z niej rezygnuje.
Skarg są setki, odpowiedzi wciąż nie ma
Firma z Giżycka nie jest odosobnionym przypadkiem. Rzecznik małych i średnich przedsiębiorców Agnieszka Majewska ocenia, że „część tych obowiązków jest nieproporcjonalna do skali działalności”. Zwraca uwagę, że firma wysyłająca kilka przesyłek rocznie może podlegać wymaganiom zbliżonym do dużego koncernu.
Do biura Rzecznika trafiają sygnały dotyczące rejestracji w zagranicznych systemach EPR, dodatkowej sprawozdawczości i obowiązku ustanawiania przedstawiciela za granicą. W Polsce koszt samego badania zawartości PFAS dla jednego rodzaju opakowania sięga prawie trzech tysięcy złotych netto. Dane pochodzą od Rady Przedsiębiorców Adama Abramowicza.
Do organizacji trafiło już ponad sto negatywnych sygnałów dotyczących PPWR, informuje dyrektor jej Biura Zarządu. Ocenia, że krytykowane są praktycznie wszystkie elementy nowych przepisów, co jego zdaniem dodatkowo obciąża konkurencyjność polskich firm.
Organizacja złożyła do Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego wniosek o wyłączenie małych i średnich firm z PPWR w całości. Zaapelowała też do premiera Donalda Tuska o interwencję na forum unijnym. Na te pisma nie przyszła dotąd żadna oficjalna odpowiedź.
Biuro Rzecznika MŚP nie prowadzi jeszcze statystyk, ile firm zrezygnowało ze sprzedaży do innych krajów Unii z powodu PPWR. Samo to, że przedsiębiorcy w ogóle rozważają taką rezygnację z powodu kosztów i formalności, powinno skłonić ustawodawcę do refleksji, ocenia przedstawicielka biura Rzecznika Dagmara Rybicka.
Regulacja słuszna w tylko teorii, druzgocąca w praktyce
Krytyka nowych przepisów jest w tej sprawie zgodna niemal we wszystkich środowiskach biznesowych. Rzecznik MŚP, Rada Przedsiębiorców i sama firma z Giżycka mówią właściwie jednym głosem. We wszystkich trzech głosach powtarza się ten sam wniosek, że mały biznes płaci za regulację skrojoną z myślą o dużych graczach.
Nie wszyscy oceniają sprawę tak jednoznacznie. Członek rady do spraw małych i średnich firm przy jednym z warszawskich think tanków przyznaje, że sam kierunek zmian, czyli mniej odpadów opakowaniowych i większa odpowiedzialność producentów, jest potrzebny. Ocenia jednak, że przy niewielkiej skali sprzedaży koszty obsługi kolejnych rynków mogą stać się realną barierą rozwoju.
Ministerstwo Klimatu i Środowiska broni całego kierunku reformy i przekonuje, że projekt ustawy wdrażającej PPWR powinien zostać uchwalony jak najszybciej. Resort podkreśla, że projekt przeszedł analizy skutków regulacji i konsultacje społeczne, a nie wszystkie zgłoszone uwagi mogły zostać uwzględnione, bo część z nich oznaczałaby odejście od podstawowych założeń reformy.
Na poziomie unijnym ruch jest większy niż w Warszawie. Komisja Europejska zaproponowała zawieszenie obowiązku ustanawiania przedstawiciela dla producentów do 2035 roku i przyznała, że potrzebne są prostsze, bardziej proporcjonalne rozwiązania. Komisja wskazuje też możliwość korzystania z platform sprzedażowych, które mogą przejąć część obowiązków w imieniu małej firmy. To jednak nie eliminuje kosztów samej rejestracji i przedstawiciela tam, gdzie wciąż są wymagane.
Dla właścicieli firm objętych tymi przepisami różnica między słusznym celem a jego wykonaniem nie jest teoretyczna. To nie deklaracja o trosce o środowisko. To rachunek za przedstawiciela w obcym kraju i certyfikat na taśmę klejącą.
Od ETS do PPWR, rachunek rośnie
PPWR nie jest jedynym unijnym obciążeniem, z którym mierzy się dziś polski przemysł. System handlu uprawnieniami do emisji CO2, w skrócie ETS, odpowiada w Polsce nawet za połowę ceny prądu dla przemysłu. Rachunek ma w najbliższych latach jeszcze urosnąć. Od 2028 roku zacznie działać drugi system, ETS2, który obejmie też ogrzewanie i transport. Kontrakt terminowy na energię w 2027 roku kosztuje dziś około 450 złotych za megawatogodzinę.
Dla firmy eksportującej towary drogie zaopatrzenie w energię i koszty ETS to tylko punkt wyjścia. PPWR dokłada do tego kolejną warstwę obowiązków, tym razem niezwiązaną z produkcją, tylko z samym aktem wysłania paczki za granicę. Każda z tych regulacji wprowadzana osobno miała swoje prospołeczne uzasadnienie. Razem składają się na pytanie, ile jeszcze swobody działania zostało małej firmie w gospodarce, która u progu integracji europejskiej słyszała przede wszystkim o wolnym przepływie towarów.
Propozycje są, decyzji wciąż nie ma
Rzecznik MŚP nie ogranicza się do krytyki. Wśród jej postulatów do ministra klimatu i środowiska znajduje się ograniczenie części obowiązków dla najmniejszych firm oraz zmiana zasad dotyczących obowiązkowego przedstawiciela za granicą. Rzecznik chce też limitu de minimis, poniżej którego drobny eksporter nie musiałby spełniać pełnego zestawu wymogów, a do tego uruchomienia punktu informacyjnego dla przedsiębiorców i interwencji polskiego rządu na forum unijnym.
Podobny kierunek wybrzmiewa wśród samych przedsiębiorców sprzedających za granicę. Postulują oni jeden unijny system rejestracji EPR, wzorowany na działającym już mechanizmie VAT OSS, czyli jednym okienku do rozliczania podatku VAT w sprzedaży na terenie całej Unii. Taki system pozwoliłby rozliczać obowiązki opakowaniowe w jednym miejscu zamiast osobno w każdym kraju sprzedaży.
Rada Przedsiębiorców idzie dalej. Złożony do Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego wniosek domaga się całkowitego wyłączenia europejskich małych i średnich firm z PPWR. To więcej niż samo złagodzenie obowiązków.
Na razie w Warszawie trwają wyłącznie konsultacje projektu krajowej ustawy. Firma z Giżycka czeka razem z resztą branży, licząc dni do decyzji, które zapadną poza jej wpływem.
