Trzy lata na złożenie pozwu, dziesięć lat na wyegzekwowanie długu po wyroku sądu. Taki bilans przynosi projekt Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego, który ma uchylić całą dotychczasową regulację przedawnienia z kodeksu cywilnego. Zamiast sześcioletniego terminu podstawowego i dziesiątek wyjątków rozsianych po różnych ustawach ma pojawić się jeden, wspólny okres. Prawnicy komentujący ten projekt nie są jednak zgodni, czy to uproszczenie systemu, czy nowe źródło sporów sądowych.
Sześcioletni termin znika, zastępuje go jeden wspólny okres
Dziś podstawowy termin przedawnienia długów wynosi sześć lat. Dla przedsiębiorców oraz roszczeń o świadczenia okresowe termin jest krótszy i sięga trzech lat. Obok tych dwóch podstawowych okresów funkcjonuje sieć terminów szczególnych, rozsianych po wielu ustawach. Trafiają się w kodeksie cywilnym i w kodeksie spółek handlowych. Podobne przepisy pojawiają się nawet w prawie atomowym. Niektóre kończą się po sześciu miesiącach, inne po dziesięciu latach.
Projekt przygotowuje Komisja Kodyfikacyjna Prawa Cywilnego, działająca przy Ministrze Sprawiedliwości. Komisja uchyla artykuły 117 do 125 kodeksu cywilnego. W ich miejsce wprowadza jeden termin, trzyletni, obowiązujący w większości spraw. Nowy termin zacznie biec od dnia, w którym wierzyciel dowiedział się albo z łatwością mógł się dowiedzieć o roszczeniu i osobie dłużnika. Wcześniej niż dzień wymagalności roszczenia bieg nie może się jednak rozpocząć.
Roszczenie z umowy o dzieło przedawnia się po dwóch latach. Umowa o roboty budowlane daje na to trzy lata, gdy zamawia przedsiębiorca, i sześć, gdy zamawia inwestor indywidualny. Właśnie z powodu takich różnic sądy spierają się nierzadko nie o to, czy dłużnik zapłacił, tylko jak zakwalifikować samą umowę.
Dzisiejszy chaos ma swoją historię sięgającą 2018 roku
Obecny sześcioletni termin nie istnieje od zawsze. Do 2018 roku podstawowy okres przedawnienia wynosił dziesięć lat. Nowelizacja skróciła go, ale utrzymała trzyletni termin dla przedsiębiorców i dodała mnóstwo wyjątków, które miały łagodzić skutki tej zmiany.
Wiceprzewodniczący komisji, prof. Wojciech Kocot, przekonuje, że skrócenie terminu podstawowego powinno pociągnąć za sobą korektę terminów szczególnych. W przeciwnym razie to one, zamiast reguły, stają się normą. Z opracowania sędziego Jędrzeja Kondka dla Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości wynika, że w polskim prawie funkcjonuje sto trzydzieści osiem terminów szczególnych. Trzydzieści sześć wprost z kodeksu cywilnego. Reszta rozsiana po innych ustawach.
Czas na pozew się skraca, czas na egzekucję rośnie
Ten sam projekt reguluje też czas na egzekucję już wygranych spraw. Wydłuża go dla roszczeń potwierdzonych prawomocnym wyrokiem sądu albo rozstrzygnięciem sądu polubownego, z sześciu do dziesięciu lat. Wierzyciel zyskuje trzy lata na złożenie pozwu, a po wygranej sprawie kolejną dekadę na odzyskanie pieniędzy.
Obok tego pojawia się nowa konstrukcja, termin ostateczny. Ma on wynosić dziesięć lat i biec równolegle do terminu podstawowego, co do zasady od dnia wymagalności roszczenia. W praktyce ustawodawca zabezpiecza się w ten sposób przed sytuacją, w której trzyletni bieg terminu nigdy się nie rozpoczyna, bo wierzyciel formalnie nie mógł dowiedzieć się o roszczeniu.
Dr Łukasz Bernatowicz, prezes Związku Pracodawców BCC, przyznaje, że ujednolicenie terminów w części spraw przyspieszy przedawnienie, ale ocenia, że korzyści z prostszych przepisów przeważają nad tą stratą. Podobnego zdania jest mec. Agata Jóźwiak z kancelarii Wardyński i Wspólnicy, która zwraca uwagę, że dłuższy czas na egzekucję daje wierzycielom realną szansę na odzyskanie pieniędzy nawet od dłużnika, którego sytuacja majątkowa poprawi się dopiero po latach.
Inaczej widzi to dr Jarosław Świeczkowski, komornik związany z Uniwersytetem Gdańskim. Jego zdaniem to „fatalne rozwiązanie”, bo pozwani wciąż dowiadują się o nakazach zapłaty lub wyrokach zaocznych dopiero na etapie wszczęcia egzekucji. Po latach trudniej też o dowód, że dług został spłacony, bo niewielu ludzi przechowuje potwierdzenia faktur przez dekadę, zauważa komornik.
Inne kraje mają podobne, krótkie terminy przedawnienia
Skracanie terminów przedawnienia to trend międzynarodowy, nie polski wyjątek. Niemiecki kodeks cywilny przewiduje termin trzyletni. Hiszpania też go skróciła, z piętnastu do pięciu lat.
W Stanach Zjednoczonych okresy różnią się stanami i rodzajem sprawy, zwykle mieszczą się między dwoma a sześcioma latami. Konwencja nowojorska z 1974 roku, dotycząca międzynarodowej sprzedaży towarów, ustala termin na cztery lata. Podobny, trzyletni okres proponują też modelowe zasady DCFR i wytyczne UNIDROIT.
Ten międzynarodowy kontekst nie przekonuje jednak wszystkich krytyków projektu. Dr Marcin Czugan, prezes Związku Przedsiębiorstw Finansowych, twierdzi, że Polska ma już jedne z najkrótszych terminów przedawnienia w Europie, a nowelizacja osłabi pozycję wierzycieli jeszcze bardziej. Zestawienie z Niemcami i Hiszpanią rysuje jednak inny obraz. Trzyletni termin wcale nie byłby tam wyjątkiem.
Sąd zbada przedawnienie z urzędu w każdej sprawie
Kolejna zmiana dotyczy roli sądu. Dziś obowiązek badania z urzędu, czy roszczenie się przedawniło, obejmuje głównie sprawy z udziałem konsumentów. Projekt rozszerza go na wszystkie postępowania cywilne, niezależnie od tego, kim są strony.
Autorzy nowelizacji tłumaczą to potrzebą ochrony strony słabszej, która z braku wiedzy prawnej albo profesjonalnego pełnomocnika nie zgłosi zarzutu przedawnienia sama. W uzasadnieniu projektu podkreślają, że taka sytuacja dotyczy nie tylko konsumentów, ale też osób zobowiązanych z innych tytułów niż czynność prawna.
Mec. Agata Jóźwiak widzi w tym rozwiązaniu drugie dno. Jej zdaniem połączenie krótszego, trzyletniego terminu z obowiązkowym badaniem przedawnienia z urzędu ma odciążyć sądy, nie tylko chronić słabszą stronę. Mniej spraw trafi do pełnego rozpoznania, część zakończy się szybciej, już na wstępnym etapie postępowania. Dr Marcin Czugan formułuje zarzut ostrzejszy. Odchodzenie od zasady kontradyktoryjności procesu cywilnego na rzecz działania sądu z urzędu nazywa „niebezpiecznym trendem”.
Prawnicy mówią o pośpiechu i niejasnych pojęciach
Sędzia dr Maciej Klonowski z Sądu Rejonowego Gdańsk-Północ dostrzega w projekcie wewnętrzną sprzeczność. Uzasadnienie nowelizacji tłumaczy skracanie terminów przyspieszeniem komunikacji między stronami. Ten sam projekt wydłuża jednak terminy krótsze niż nowa norma. Dotychczasowy termin roczny ma urosnąć do trzech lat. To samo dotyczy terminu dwuletniego.
Sędzia wskazuje też na pojęcia, których kodeks cywilny dotąd nie znał. Projekt posługuje się terminem zachowania ciągłe, choć polskie prawo cywilne mówi raczej o zobowiązaniach lub stosunkach o charakterze ciągłym. Podobne wątpliwości budzi zapis o zrzeczeniu się skutków przedawnienia, bo zrzec się można roszczenia albo prawa podmiotowego, nie samego upływu terminu.
Dr Marcin Czugan zwraca uwagę na podobny problem praktyczny. Przesłanka łatwości dowiedzenia się o roszczeniu jest na tyle nieostra, że według niego wywoła nową falę sporów sądowych, tym razem o samo ustalenie początku biegu terminu.
Te zmiany dotyczą też twoich spraw już teraz
Projekt nie ma jeszcze daty wejścia w życie. Prace nad nim toczą się w komisji, a potem czeka go jeszcze droga przez rząd i Sejm. Zmiana obejmie tylko roszczenia, których bieg terminu rozpocznie się po wejściu nowych przepisów. Jeśli termin zaczął biec wcześniej, zastosowanie znajdą dotychczasowe zasady.
Wierzyciele, którzy dziś zwlekają z pozwem, licząc na sześcioletni zapas czasu, po zmianie stracą połowę tego marginesu. Dłużnicy zyskują ochronę silniejszą niż obecnie, bo sąd sam sprawdzi przedawnienie, nawet gdy oni sami o to nie zawnioskują. Ostateczny kształt przepisów pozna dopiero po konsultacjach i pracach legislacyjnych, które mogą jeszcze zmienić szczegóły projektu.
