Posłowie Prawa i Sprawiedliwości przedstawili projekt ustawy wyprowadzającej Polskę z unijnego systemu handlu emisjami ETS. Decyzję poprzedziło odrzucenie przez Senat, stosunkiem głosów 59 do 32, wniosku prezydenta Karola Nawrockiego o referendum ws. unijnej polityki klimatycznej. Rząd odpowiada, że wyjście z ETS oznaczałoby wyjście z Unii Europejskiej. Wiceprezes PiS Przemysław Czarnek ogłosił szczegóły projektu przed kamerami, licząc na poparcie całej prawicy.
Dlaczego PiS złożyło projekt akurat teraz?
Wiceprezes PiS Przemysław Czarnek poinformował w poniedziałek rano, podczas konferencji prasowej przed Sejmem, że jego ugrupowanie złoży projekt ustawy wyprowadzającej Polskę z unijnego systemu handlu emisjami ETS. Kilka godzin później posłowie partii przedstawili już gotowy dokument. Czarnek wyraził nadzieję, że inicjatywę poprą wszystkie środowiska prawicowe.
Warunek do złożenia projektu postawił wcześniej szef klubu PiS Mariusz Błaszczak. Zapowiedział, że dokument trafi do Sejmu, jeśli Senat odrzuci wniosek prezydenta o referendum ws. unijnej polityki klimatycznej. Senat odrzucił go w czwartek. Warunek się spełnił, a PiS przeszło od zapowiedzi do gotowego projektu w cztery dni.
Czarnek połączył złożenie projektu z dwoma zarzutami wobec obozu rządzącego. Pierwszym było odrzucenie przez Senat wniosku o referendum, które ocenił jako skandaliczne. Drugim, blamażem Tuska i rządu na arenie międzynarodowej, czyli brakiem przekonania przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen do rewizji unijnej polityki klimatycznej.
ETS to system handlu uprawnieniami do emisji CO2, obejmujący dziś energetykę i przemysł ciężki. Od 2028 roku ma zacząć działać ETS2, który obejmie również transport i budownictwo. Zdaniem Czarnka polska energetyka powinna nadal opierać się na węglu, bo dalsza dekarbonizacja uderza w gospodarkę i w Polaków.
Na czym prawnie opiera się projekt PiS?
Podstawą projektu jest wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 10 czerwca 2025 roku, wydany w sprawie o sygnaturze K 10/24. Trybunał rozpoznawał wniosek grupy posłów PiS, którzy kwestionowali zgodność z konstytucją sposobu, w jaki Unia Europejska przyjęła przepisy dyrektywy ETS. Zdaniem wnioskodawców decyzję z 2015 roku Rada UE podjęła większością głosów, choć traktaty wymagały jednomyślności.
Trybunał orzekał w dwóch połączonych sprawach. W pierwszej postępowanie umorzył z powodów formalnych. W drugiej przyznał rację wnioskodawcom, ale zastrzegł, że wyrok nie skutkuje utratą mocy zaskarżonych przepisów Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Wskazał zamiast tego, że to władza ustawodawcza i wykonawcza powinny podjąć stosowne działania. Wyrok jak dotąd nie został przez rząd opublikowany w Dzienniku Ustaw.
Czarnek argumentował, że Unia Europejska przekroczyła swoje kompetencje traktatowe, skoro decyzję z 2015 roku podjęto większością głosów zamiast jednomyślnie, co jego zdaniem samo w sobie stanowiło przekroczenie unijnych uprawnień. Na tej podstawie projekt PiS zakłada uchylenie dwóch ustaw, tej z 12 czerwca 2015 roku o systemie handlu uprawnieniami do emisji CO2 oraz tej z 17 lipca 2009 roku o systemie zarządzania emisjami gazów cieplarnianych.
Dlaczego Senat drugi raz odrzucił referendum?
Prezydent Karol Nawrocki po raz pierwszy skierował do Senatu wniosek o referendum ws. unijnej polityki klimatycznej w maju. Proponowane wtedy pytanie brzmiało, czy Polacy są za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej. Senacka komisja i większość izby uznały je za nieprecyzyjne i sugerujące, więc wniosek odrzucono z przyczyn formalnych.
Prezydent złożył drugi wniosek 23 lipca. Tym razem pytanie miało brzmieć „Czy jest Pan/Pani za realizacją przez Polskę polityki klimatycznej Unii Europejskiej?”. Kancelaria prezydenta argumentowała, że decyzję o unijnej polityce klimatycznej powinien podjąć naród, bo ma ona bezpośredni wpływ na gospodarstwa domowe i całą gospodarkę, rolnictwo włącznie. Ponowienie wniosku wiązała też z analizą reformy ETS, którą Komisja Europejska zaprezentowała 17 lipca.
Senat odrzucił i tę wersję. Drugi raz z rzędu. Za odrzuceniem zagłosowało 59 senatorów, 32 było przeciw, a jeden wstrzymał się od głosu. Przed głosowaniem senator Piotr Masłowski przekonywał izbę, że referendum nie wzmocni pozycji negocjacyjnej Polski w Unii Europejskiej i że do obniżenia cen energii wystarczą inwestycje w odnawialne źródła zgodnie z polityką unijną. Szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker apelował o przeciwną decyzję, przekonując senatorów, że skoro nie ma już formalnych zastrzeżeń wobec pytania, jedynym uczciwym rozwiązaniem jest oddanie głosu obywatelom.
Czy wyjście z ETS oznacza wyjście z UE?
Ministra klimatu Paulina Hennig-Kloska straszyła, że wyjście Polski z ETS byłoby równoznaczne z wyjściem z Unii Europejskiej. Jej zdaniem nie trzeba porzucać systemu handlu emisjami. Trzeba dopilnować, by unijna polityka klimatyczna lepiej odpowiadała polskim potrzebom, a rząd, jak przekonuje, właśnie to robi w Brukseli.
Kancelaria prezydenta patrzy na to inaczej. Argumentowała, że rygorystyczna polityka klimatyczna Europy nie ogranicza globalnych emisji. Przenosi za to produkcję do krajów o niższych standardach ekologicznych, skąd towary wracają do Europy jako import, po drodze odbierając kontynentowi miejsca pracy i wpływy podatkowe. Paweł Szefernaker ujął to jeszcze dobitniej, oceniając, że unijna polityka klimatyczna jest projektem skrajnie kosztownym, a zarazem dramatycznie nieefektywnym w skali globalnej.
Obie strony sporu zgadzają się co do jednego, że system w obecnym kształcie drogo nas kosztuje. Różnią się w tym, co z tym kosztem zrobić i na kogo przerzucić.
Co zmienia reforma ETS zaproponowana przez Brukselę?
Komisja Europejska przedstawiła 17 lipca propozycję reformy systemu ETS. Państwa członkowskie mają przeznaczać co najmniej 50 procent przychodów z aukcji uprawnień na inwestycje w dekarbonizację, podczas gdy dziś na ten cel trafia znacznie mniej.
Zmieni się też sam rytm aukcji. Po 2030 roku pierwsze 10 procent uprawnień trafi do szesnastu państw, Polski wśród nich, pod warunkiem że pieniądze pójdą na zielone inwestycje. Tempo redukcji puli uprawnień dostępnych na aukcjach ma zwolnić z obecnego poziomu do 3,7 procent rocznie w latach 2031-2035 i 1,7 procent w kolejnej pięciolatce. Ma to zapobiec całkowitemu wyczerpaniu bezpłatnych limitów, prognozowanemu dziś na 2039 rok. Jeden z wysokich rangą unijnych urzędników tłumaczył ideę reformy krótko, mówiąc że Bruksela chce nadal trzymać się zasady kto emituje, ten płaci, ale dodać do niej wynagrodzenie za redukowanie własnych emisji.
To jednak dopiero propozycja. Zanim wejdzie w życie, musi ją wynegocjować i zatwierdzić Parlament Europejski razem z Radą UE, a proces ten może potrwać około roku.
Czy Zielony Ład rzeczywiście redukuje emisje?
Tu zdania są podzielone. Krajowy Ośrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami, który administruje polską częścią systemu ETS, podaje, że zweryfikowane emisje w europejskim systemie handlu emisjami z roku na rok systematycznie spadają. W zeszłym roku były niższe o około 1,3 procent rok do roku w całej Unii. W Polsce spadek sięgnął ponad 3 procent, do niespełna 145,4 miliona ton CO2.
Kancelaria prezydenta zwraca uwagę na drugie dno unijnej propozycji. W uzasadnieniu drugiego wniosku o referendum argumentowała, że reforma Komisji Europejskiej nie ogranicza kosztów polityki klimatycznej. Przesuwa je tylko w czasie, a proponowane korekty nie zmieniają ani kierunku, ani ostatecznego tempa najbardziej kosztownych dla mieszkańców elementów tego systemu. Ministra Hennig-Kloska myśli z kolei, że sama propozycja reformy to ważny krok w stronę złagodzenia ETS, dający państwom członkowskim oddech.
Spór dotyczy obecnie więc nie tego, czy emisje spadają, bo dane KOBiZE tego nie kwestionują, ale tego, jakim kosztem i w czyim interesie ten w sumie niewielki spadek następuje.
Ile unijna polityka klimatyczna kosztuje Polskę?
Według raportu Warsaw Enterprise Institute koszty systemu ETS dla polskiej gospodarki mogą sięgać nawet 12,87 miliarda euro rocznie. To od 172 do 352 euro na mieszkańca, jeden z najwyższych poziomów w Unii Europejskiej. Autor raportu Marek Lachowicz podkreśla, że firmy nie mają dziś realnej alternatywy dla zakupu uprawnień, a ich ceny są bardzo niestabilne. To utrudnia planowanie inwestycji i zwiększa ryzyko dla całej gospodarki, ocenia ekspert WEI.
Do podobnych wniosków doszło Centrum Strategii Rozwojowych w raporcie zaprezentowanym na forum sejmowej podkomisji ds. infrastruktury krytycznej, górnictwa i energetyki. Według tej analizy skumulowana strata Polski z tytułu uczestnictwa w ETS w latach 2021-2024 wyniosła 12 miliardów euro. Nadchodzący system ETS2, który obejmie ogrzewanie i transport, może kosztować Polaków do 45 miliardów euro do 2032 roku. Rząd na te wyliczenia odpowiada, nazywając polską transformację energetyczną sukcesem na skalę światową. Nie dodaje jednakże, że szokująco drogim sukcesem.
Czy tylko Unia Europejska tak ostro walczy z emisjami?
Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa wycofały się z porozumienia paryskiego, powtarzając ruch z jego pierwszej kadencji. Według przeglądu Oxford Climate Policy Monitor w USA nie obowiązują dziś żadne wiążące przepisy w żadnym z sześciu głównych obszarów regulacji klimatycznych. W Unii Europejskiej, a zatem i Polsce wiążący charakter ma pięć z sześciu.
Nieco inaczej wygląda to w przypadku Chin, największego emitenta CO2 na świecie z udziałem około 29 procent globalnych emisji. Pekin ma własny system handlu emisjami. Uruchomiono go w 2021 roku, a teraz Chiny rozbudowują go o kolejne sektory energochłonne, takie jak stal i cement, a także hutnictwo aluminium, z pełnym wdrożeniem planowanym do 2027 roku. Krytycy oceniają jednak zapowiedziany przez Chiny cel redukcji emisji do 2035 roku jako zbyt mało ambitny i nierealny. Oxford Climate Policy Monitor zaznacza przy tym, że choć Chiny formalnie wprowadziły przepisy we wszystkich sześciu badanych obszarach, ich wdrożenie pozostaje w dużej mierze dobrowolne.
Unia Europejska odpowiada dziś za jedynie około 6,7 procent globalnych emisji. To czwarty co do wielkości emitent na świecie, za Chinami, Stanami Zjednoczonymi i Indiami. Mimo to od 1990 roku ograniczyła własne emisje o blisko 35 procent i prowadzi, zdaniem analityków, najbardziej ambitną i kosztowną dla gospodarki politykę klimatyczną na świecie.
Czy zerowe emisje w UE zatrzymałyby zmiany klimatu?
Duński ekonomista klimatyczny Bjørn Lomborg, założyciel Konsensusu Kopenhaskiego, wyliczył, że nawet pełne osiągnięcie przez Unię Europejską zerowej emisji netto obniżyłoby globalną temperaturę do końca stulecia o mniej niż 0,1 stopnia Celsjusza, prawdopodobnie o około 0,03 stopnia.
Naukowcy zajmujący się klimatem tłumaczą, że skala globalnego ocieplenia zależy od sumy wszystkich emisji wyemitowanych do atmosfery przez wszystkie kraje razem, a nie od tempa redukcji w jednym regionie. Unia Europejska odpowiada dziś za około 6,7 procent globalnych emisji. Nawet ich całkowite wyzerowanie nie zmienia losu pozostałej puli, która nadal trafia do atmosfery z Chin, Stanów Zjednoczonych, Indii i reszty świata.
Skąd więc argument, że unijna redukcja mimo wszystko ma znaczenie? Zwolennicy unijnego Zielonego Ładu wskazują na efekt technologiczny. Gdy Niemcy i Dania stawiały pierwsze drogie farmy wiatrowe i instalacje słoneczne, ich inwestycje pomogły uczynić te technologie dziś jednymi z najtańszych źródeł energii na świecie. Dzięki temu Indie mogą dziś zrezygnować z budowy części nowych elektrowni węglowych na rzecz tańszego słońca. Efekt nie jest więc bezpośredni. Działa przez ceny i technologię, nie przez samą wielkość unijnej redukcji. Odbywa się to również kosztem mieszkańca Europy płacącego zawyżone rachunki za prąd.
Cena tej transformacji uderza ponadto w konkretne gałęzie europejskiego przemysłu. Udział Europy w światowej produkcji aluminium spadł z 30 procent w 2000 roku do 5 procent w 2022 roku, wynika z analizy ekonomicznej publikowanej przez Narodowy Bank Polski. Kontynent stracił w tym czasie dwie trzecie swoich pierwotnych mocy produkcyjnych tego metalu. W szczytowym momencie cen energii w 2022 roku zniknęło też 70 procent unijnych zdolności produkcji amoniaku, surowca do nawozów sztucznych. Europejscy związkowcy mówią wprost o zamykanych fabrykach i likwidowanych miejscach pracy w tych samych sektorach, a zużycie energii elektrycznej w Europie w tym czasie spadało, podczas gdy w Chinach i Indiach drastycznie rosło.
Krytycy unijnej polityki klimatycznej wskazują na koszty systemu ETS i regulacje jako główny powód ucieczki przemysłu z Europy. Część analityków ekonomicznych i klimatystów wskazuje z kolei na strukturalne uzależnienie kontynentu od importu paliw kopalnych i skutki kryzysu gazowego z 2022 roku jako pierwotne źródło wysokich cen energii, w którym polityka klimatyczna odgrywa tylko część roli. Produkcja, która znika z Europy, w wielu przypadkach nie znika z rynku. Przenosi się tam, gdzie energia jest tańsza, jak choćby planowane inwestycje Intela w Niemczech i Polsce, które firma ostatecznie skierowała do Wietnamu i Malezji.
Ile nowej mocy węglowej rocznie budują Chiny na tle Polski?
Same Chiny uruchomiły w 2025 roku nowe elektrownie węglowe o łącznej mocy 78 gigawatów. Wynika to z danych Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem oraz Global Energy Monitor. Cała istniejąca polska flota węglowa, wszystkie działające dziś bloki na węgiel kamienny i brunatny razem wzięte, ma moc około 36 gigawatów. Chiny w jeden rok dobudowały więc dwa razy więcej mocy węglowej, niż ma cała Polska.
To nie był wyjątkowy rok. W 2023 roku chińskie władze wydały pozwolenia na budowę nowych bloków węglowych o łącznej mocy 114 gigawatów. Analitycy Global Energy Monitor liczyli wtedy tempo wydawania zezwoleń na dwie nowe elektrownie węglowe tygodniowo.
Podobny obraz daje samo wydobycie. Chińskie kopalnie wydobyły w 2025 roku rekordowe 4,83 miliarda ton węgla. Polskie kopalnie węgla kamiennego wydobyły w tym samym roku 42,8 miliona ton. Same trzy nowe kopalnie, których budowę Pekin właśnie zapowiedział, mają produkować rocznie 19 milionów ton węgla.
Skala tych inwestycji nie oznacza jednak, że Chiny rezygnują z energii odnawialnej, bo kraj ten mimo to dokłada więcej mocy wiatrowej i słonecznej niż cała reszta świata razem wzięta, korzystając ze stosunkwo taniej obecnie technologii rozwiniętej na koszt Europy. Od 2025 roku produkcja prądu z węgla w miksie energetycznym Chin zaczęła nieznacznie spadać, mimo szokująco szybko rosnącej mocy zainstalowanej nowych bloków węglowych. Węgiel pozostaje tam bowiem głównym zabezpieczeniem systemu energetycznego. Nie jego przeszłością.
